Film

Et vous êtes pour l’avortement ? Envoyer à un ami Envoyer à un ami Lien permanent Envoyer à un ami Envoyer à un ami 104 réactions à “Et vous êtes pour l’avortement ?”

Free Your Mind: Najnowsze informacje

Łukasz Schreiber: Najnowsze informacje

Leszek Czajkowski - Śpiewnik oszołoma

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Cenzura we WPROST !!! - To nie sen to już otwarta Wojna !

2010-04-25 22:14

Przed chwilą trafiłem na stronach WPROSTU - na następujące oświadczenie
Niedziela, 25 kwietnia 2010

„Dobry smak, jak wiadomo, polega na tym, żeby nie nalegać” Albert Camus
Szanowni Czytelnicy, Drodzy Autorzy, Platforma Mediowa Point Group, nowy wydawca tygodnika „Wprost”, informuje, że miejsce, które do tej pory zajmowały felietony byłego właściciela oraz wieloletniego redaktora naczelnego „Wprost” Pana Marka Króla, począwszy od następnego wydania tygodnika, oddane zostanie redakcji i współpracującym z nią Autorom.

Jednocześnie wydawca pragnie przeprosić wszystkich Szanownych Czytelników oraz Szanownych Autorów, którzy poczuli się dotknięci treścią ostatnich felietonów Pana Marka Króla, a w szczególności formą ostatniego utworu tegoż felietonisty, opublikowanego 19 kwietnia, a więc dzień po zakończeniu żałoby narodowej. Wszystkie głosy i uwagi, które
dotarły do wydawcy, zostały wnikliwie przeanalizowane.

Wydawca podziela pogląd Czytelników i także uważa, że tygodnik opinii nie jest właściwym miejscem na rozpowszechnianie i propagowanie tego typu treści. Platforma Mediowa Point Group zapewnia jednocześnie Czytelników, że dołoży wszelkich starań, by „Wprost” jako medium kształtujące opinie dbało o wysoki standard debaty publicznej – zarówno w sferze światopoglądowej, jak i etyczno-moralnej.

Z poważaniem wydawca „Wprost”
Marek Król napisał felieton, Nie polezie orzeł w GW-na z którego wynika, że Wajda nie czuje żałoby narodowej, a Polacy upomnieli się o Godność Państwową chowając swego Prezydenta z królewskimi honorami. Jest ten felieton także uzasadnionym acz niewybrednym atakiem na Gazetę Wyborcza.
Pod felietonem Marka Króla - ciągle jeszcze dostępnym na stronie internetowej Wprost ( na wszelki wypadek tworzę mirror) znajdujemy ponad pół tysiąca głównie pozytywnych komentarzy.
Wydawca ma czelność ponformować, że u niego nie ma miejsca na takie teksty.
Wzywam zatem wszystkich czytelników pisma "Wprost" oraz reklamodawców do zaprzestania kupowania i reklamowowania się w tym piśmie.
Do ekonomicznego przekonania Wydawcy, że dla takich zachowań nie ma miejsca na Polskim Rynku Prasowym.
To już nie sen - to otwarta wojna kasty media-politycznej z Narodem.
A oto :
Michał Lisiecki 64 040 726 • 61,6861%
Parrish Media N.V. 8 326 426 • 8,0203%
Pioneer Pekao Investment
Management SA 5 207 548 • 5,0161%
Dom Maklerski IDM S.A. 5 202 168 • 5,0109%
Pozostali 21 040 157 • 20,2665%
PS,
Tu nie chodzi o Marka Króla i jego korzenie sprzed ćwierć wieku. Nawet nie o to, że mu wydawca podziękował. Jego prawo. Lecz o to za co i w jak publiczny sposób. To świadome wywołanie wojny. Opowiedzenie się prasy przeciw tłumom. Klasy media-politycznej przeciw czytelniczym masom,. które mają się" modlić, czcić cara i wierzyć".

Nie polezie orzeł w GWna

Poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Nie polezie orzeł w GWna

„Sen Wyspiańskiego o Polsce wolnej, żal do współczesnej, ból, sarkazm, ten porachunek poetycki z własnym pokoleniem Wajda przetłumaczył na język filmu, a raczej na wrzask i bełkot. Inteligencję tych czasów przedstawił nam jako bandę niezdolnych do czynu kabotynów, którym w pijackim zamęcie coś tam we łbach się majaczyło. Kazał nam zapomnieć, że z tego środowiska, z tej ziemi, już za lat 30 wyszli pierwsi od lat polscy żołnierze”. W czasach, z których pochodzi ten cytat, nie należało przypominać, że żołnierze ci to legiony Piłsudskiego. Nie napisał tych słów jakiś wyznawca kaczyzmu czy ideolog PiS. To fragment felietonu z początku lat 70. Antoniego Słonimskiego.

Nikt tak konsekwentnie nie zwalczał w tamtych czasach popieranego przez partię i rząd zjawiska wajdalizmu jak twórca tego zapomnianego określenia - Antoni Słonimski. Co było istotą wajdalizmu, wyjaśnia następny cytat z felietonu Słonimskiego. „Niechęć swoją do romantycznych kart naszej historii wyraził już Wajda w »Popiołach« Żeromskiego. Już nam pokazał, że napoleonidzi, którzy nieśli do Polski sztandary wolności i hasła rewolucji francuskiej, to były żałosne łachudry, kondotierzy spraw przegranych, niepochowane trupy ziemi jałowej”. Mijały lata i wydawać by się mogło, że wajdalizm rósł w siłę. Wizja Polski jako brzydkiej panny na arenie międzynarodowej, niezbyt lubianego członka rodziny europejskiej, zdominowała, wydawało się, serca i umysły Polaków. Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i znacząca część elit przeciwstawiająca się takiej wizji Polski zdegradowanej, ich tragiczna śmierć, mogła ostatecznie pogrzebać ducha Wernyhory. Ku zaskoczeniu salonu i jego autorytetów tysiące, a może setki tysięcy Polaków w ostatnim tygodniu noc i dzień składało hołd prezydentowi i jego żonie Marii, pierwszej parze najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Mimo że wcześniej sam Donald Tusk zdegradował prezydenturę do żyrandola i czerwonego dywanu, powtarzając, że prezydent nie jest mu do niczego potrzebny, mimo nieustannego poniżania prezydenta przez Komorowskiego, Niesiołowskiego i Palikota, mimo tego wszystkiego Lech Kaczyński doczekał się wdzięczności i szacunku Polaków. Był z nich dumny i jako pierwszy obywatel kochał, szanował i wierzył w wielkość swoich rodaków. I dlatego, choć poniżany i niedoceniany za życia, po tragicznej śmierci stał się wielkim symbolem dumnej Polski. A symbole w Polsce są bardzo niebezpieczne, bo mogą zniszczyć wieloletni dorobek postępowych polskich Europejczyków, ukrywających brzydką pannę w kątach salonów Brukseli, Paryża czy Berlina.

Nie dość, że wbrew zaleceniom Polacy zaczęli się narodowo bałamucić, to jeszcze ten pochówek pary prezydenckiej na Wawelu. To był kolejny policzek dla postępowego salonu i zagrożenie, że prawicowo-romantyczna hydra, demony, jak je nazwał Kazimierz Kutz, urosną w siłę. Bezideowe palikmioty nie mogły na coś takiego pozwolić. Redaktor Adam chwycił zdenerwowany za telefon i zadzwonił do Andrzeja do Krakowa. „A… a… Aaandrzej naa... na… napisz list. Zde… zde… zdewaweluj Kaczora. Ty ma… ma… masz sukces z ty… tym »Katyniem«, to… tobie wolno. A my w… w… w »Gazecie« cię po… po… poprzemy”. Trudno odmówić racjonalności działaniu redaktora, który pokochał jak nikt inny organizacyjną funkcję prasy. Niestety, poparcie było niewielkie, bo Polacy nie dorośli do poziomu wajdalizmu historii.

Niezależnie od opinii i ocen prezydenta Kaczyńskiego, Polacy pożegnali swojego prezydenta, podkreślam: swojego prezydenta, po królewsku. Jestem z tego dumny, bo moi rodacy jeszcze raz potwierdzili to, o czym w „Weselu” tak dobitnie pisał Stanisław Wyspiański: „Ptok ptokowi nie jednaki./ Człek człekowi nie dorówna,/ dusa dusy zajrzy w oczy,/ nie polezie orzeł w gówna”. A dzisiaj już wiemy: nie polezie orzeł w GWna, drodzy redaktorzy.

sobota, 24 kwietnia 2010

Kłamstwa Wyborczej: "Incydent gruziński"

GWno sugeruje, że Lech Kaczyński zmusił pilota do lądowania w Tbilisi. Wielu opiera to na tzw interpelacji Gosiewskiego, która jest znana i nie trzeba jej cytować. Na to odpowiad Klich.


Poniżej komentarz Pyzola z Salonu 24:


Tak, jest interpelacja i jest odpowiedz:

http://orka2.sejm.gov.pl/IZ6.nsf/main/08690964



"Przed startem z Symferopola, około godz. 15.30 czasu warszawskiego, dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego odebrał telefon od pana Macieja Łopińskiego szefa Gabinetu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, który przekazał polecenie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dotyczące zmiany planowanej trasy dalszego lotu i realizacji lotu do Tbilisi. W tej sprawie z dowódcą pułku rozmawiał również osobiście prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Dowódca pułku przyjął polecenie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do realizacji, zwracając równocześnie uwagę na bardzo duże zagrożenie bezpieczeństwa lotu oraz brak wymaganych zgód dyplomatycznych zezwalających na jego wykonanie. Następnie polecił przygotować i wysłać wystąpienie o dodatkowe zgody dyplomatyczne. Odbyła się także rozmowa kpt. pil. Grzegorza Pietruczuka z osobami towarzyszącymi prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, jak i z nim osobiście.

Pragnę zwrócić uwagę na fakt, iż zarówno dowództwo Sił Powietrznych, jak i załoga statku powietrznego, nie posiadały wiarygodnych danych dotyczących zapewnienia wymaganej kontroli organów ruchu lotniczego w przestrzeni powietrznej oraz aktualnego stanu lotniska w Tbilisi. Nie był znany także stan pasa oraz urządzeń lotniskowych po bombardowaniu lotniska. Pilota informowano o braku pokrycia radarowego obszaru Gruzji.

Na podtrzymanie decyzji o realizacji lotu, zgodnie z uprzednio założonym planem, do którego kpt. pil. Grzegorz Pietruczuk był przygotowany, miało wpływ wiele innych czynników:

- krótki czas pozostały do planowanego startu z lotniska w Symferopolu, a tym samym brak możliwości pozyskania nowych zgód dyplomatycznych,

- stan zagrożenia spowodowany sytuacją militarną w Gruzji,

- brak potwierdzonych informacji dotyczących aktualnego stanu i możliwości bezpiecznej realizacji lotów w przestrzeni powietrznej kraju oraz rejonie lotniska Tbilisi.

Dowódca załogi konsultował się również z szefami ochrony prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i prezydenta Ukrainy, którzy nie posiadali potwierdzonych informacji odnośnie do bezpieczeństwa na lotnisku w Tbilisi. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że brak zgody na wlot w przestrzeń powietrzną państw, granice których musiałby przekroczyć, aby wykonać lot po zmienionej trasie, wiąże się z ryzykiem, iż statek powietrzny będzie traktowany jako ˝naruszyciel˝. Samolot TU-154M nie jest przystosowany do operowania w strefie konfliktu zbrojnego.

Biorąc to pod uwagę i mając na względzie rangę i ilość przewożonych pasażerów, dowódca załogi nie mógł postąpić inaczej.

W konsekwencji, po akceptacji przez pana prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, przekazanej dowódcy załogi za pośrednictwem oficera BOR, lot został zrealizowany zgodnie z pierwotnym planem, tzn. do Ganji."

Tak wiec rozmowa odbyla sie NA LADZIE, nie bylo zadnych naciskow na pilota podczas lotu, prezydent w koncu zaakceptowal pozycje pilota.
Prosze wiec tu, laskawie, nie mieszac.

Dalej w odpowiedzi ministra czytamy:


"Przepis § 12 ust. 10 regulaminu lotów stanowi, że dowódca statku powietrznego jest zobowiązany wykonać lot zgodnie z przepisami. Ponosi odpowiedzialność za wykonanie postawionego zadania, bezpieczeństwo statku powietrznego oraz znajdujących się na pokładzie osób i rzeczy. Z kolei § 12 ust. 14 stanowi, że wszystkie osoby obecne na pokładzie statku powietrznego są obowiązane wypełniać polecenia dowódcy statku powietrznego niezależnie od ich stopnia wojskowego oraz statusu."

Jasne?
Jasne. Powtorze: "wszystkie osoby obecne na pokładzie statku powietrznego są obowiązane wypełniać polecenia dowódcy statku powietrznego niezależnie od ich stopnia wojskowego oraz statusu".

I dalej:
"Fakt odznaczenia tylko dowódcy załogi znajduje swoje uzasadnienie w zasadzie obowiązującej w Siłach Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, że za podjęte decyzje odpowiada jednoosobowo dowódca, który ją podjął."

Powtorze: "za podjęte decyzje odpowiada jednoosobowo dowódca, który ją podjął".

Zwroce jeszcze uwage, ze lot do Smolenska mial miejsce PO incydencie w Gruzji oraz odznaczeniu pilota, a wladze sprawowal ten sam, rzad, ktory go odznaczyl, tak wiec pilot kierujacy tragicznym lotem pod Smolenskiem nie mial zadnych powodow obawiac sie o przykre konsekwencje ew. decyzji o ladowaniu w Moskwie, badz Minsku.

A czy pilot popelnil blad, czy w blad go wprowadzono ( nie orzekam, ze celowo!), to zupelnie inny temat.

Pol godziny wczesniej Il z funkcjonariuszami rosyjskiej ochrony tez RAZ probowal ladowania. Nie wyladowal, ale j e d n o podejscie zrobil.

http://www.press.pl/newsy/pokaz.php?id=22257


Kaska



2010-04-24 11:13 Pyzol 0 11008 kaska.salon24.pl

sobota, 6 lutego 2010

Zapomniana rocznica


Sławomir Cenckiewicz 06-02-2010, ostatnia aktualizacja 06-02-2010 19:58

Przemysłowy charakter niszczenia archiwów SB i PZPR zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać

Tadeusz Mazowiecki poradził Janowi Rokicie, by o wynoszeniu z MSW i paleniu akt poinformował Czesława Kiszczaka
źródło: Forum
Tadeusz Mazowiecki poradził Janowi Rokicie, by o wynoszeniu z MSW i paleniu akt poinformował Czesława Kiszczaka

Radykalni obrońcy dorobku III Rzeczypospolitej od czasu do czasu przypominają nam o kolejnych okrągłych rocznicach. Najpierw świętowano 20. rocznicę zakończenia rozmów Okrągłego Stołu, później rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 r. i powołania Tadeusza Mazowieckiego na premiera. Obchodzono także rocznicę zmiany szyldu z PRL na RP, a nawet 20-lecie planu Balcerowicza. W tym szaleństwie kolejnych jubileuszy, sejmowych egzaltacji i akademii zapomniano o 20. rocznicy niszczenia na przemysłową skalę dokumentów SB i PZPR.

Biała legenda Mazowieckiego

Bezprecedensowy być może w najnowszych dziejach Polski proces niszczenia archiwów nie jest dzisiaj powodem do chluby. Niszczenie źródeł historycznych, bez względu na to, kto był ich wytwórcą, ma zawsze charakter zamachu na pamięć i świadomość narodową. A proces ten przypadł na czas urzędowania „pierwszego niekomunistycznego rządu” kierowanego przez Mazowieckiego, któremu po latach buduje się wyłącznie białą legendę. Co bardziej krewcy z jego obrońców potrafią nawet przyznać, że owszem, dokumenty były niszczone, ale „nasz premier” zaaferowany najważniejszymi reformami kraju po prostu nic o tym nie wiedział.

Tę sielankową wizję zapracowanego premiera, który nie ma pojęcia, że podległa mu administracja dzień i noc niszczy bezcenne archiwalia dokumentujące dzieje PRL, zaburzył przed laty Jan Rokita. W swojej wspomnieniowej książce ówczesny krakowski poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego napisał: „Otrzymałem informacje, że z MSW są wynoszone i palone akta. Dotarłem do premiera, co dla zwykłego posła OKP nie było łatwe, ale Mazowiecki dał mi radę absurdalną: żebym poinformował o tym Kiszczaka, tego samego, który na palenie akt co najmniej zezwalał”.

Od tej pory obowiązuje już nieco inna wersja wytłumaczenia tej sprawy. Zapytany o niszczenie archiwów Henryk Woźniakowski, który w gabinecie Mazowieckiego pełnił funkcję zastępcy rzecznika prasowego rządu, odparł, że w tamtym czasie należało przede wszystkim uwzględniać otoczenie wewnętrzne i zewnętrzne Polski (stacjonowanie wojsk sowieckich i sojusze międzynarodowe), a „pierwszoplanową sprawą były pakiet ustaw i plan Balcerowicza”, które zmieniały kraj. Jego zdaniem Mazowiecki robił, co mógł, by powstrzymać proces niszczenia dokumentów, ale realnie możliwość taka nastąpiła dopiero z chwilą odejścia z resortu spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka.

Stanowisko rządu

Tak naiwne tłumaczenie wydarzeń z przełomu lat 1989 – 1990 nie znajduje potwierdzenia w faktach. Wystarczy wspomnieć, że w lutym 1990 r., czyli już po sławetnym rozkazie ministra Kiszczaka zakazującym niszczenia dokumentów MSW (31 stycznia 1990 r.), stanowisko rządowe w kwestii kwalifikacji dokumentów operacyjnych SB jako „niestanowiących materiałów archiwalnych” w rozumieniu ustawy o narodowym zasobie archiwalnym przygotował… gen. Zbigniew Pudysz. W piśmie do prokuratora generalnego Rzeczypospolitej Polskiej Józefa Żyty z 22 lutego 1990 r. podsekretarz stanu w MSW bronił w istocie decyzji o niszczeniu akt SB, powołując się na zarządzenie gen. Kiszczaka z 8 lipca 1985 r. (nr 049/85): „brakowaniu podlegają wszystkie akta operacyjne posiadające czasowe praktyczne znaczenie oraz dokumentacja pomocnicza posiadająca krótkotrwałe znaczenie praktyczne. Brakowanie może nastąpić po upływie ustalonych na mocy cytowanego zarządzenia okresów przechowywania. Okresy te są zróżnicowane w zależności od treści akt operacyjnych: minimalnie – dwa lata, maksymalnie – 60 lat. Cecha tajności nie ma bezpośredniego wpływu na okres przechowywania, kryterium decydującym jest zakładana dalsza przydatność”. Niszczenie archiwów MSW gen. Pudysz uzasadniał również stopniową likwidacją poszczególnych komórek organizacyjnych SB, które w przypadku akt przechowywanych krócej niż pięć lat mogły je „brakować we własnym zakresie”.

Systematyczny proces

Do akcji niszczenia dokumentów resort Kiszczaka przygotowywał się od dłuższego czasu. Pierwsza fala zniszczeń nastąpiła wiosną 1989 r. Jeszcze podczas trwania obrad Okrągłego Stołu, 26 marca 1989 r., dyrektor Departamentu IV MSW gen. Tadeusz Szczygieł poinformował szefa SB gen. Henryka Dankowskiego i dyrektora Biura „C” (archiwum MSW) płk. Kazimierza Piotrowskiego o zniszczeniu tzw. teczek ewidencji operacyjnej na księży. Decyzję tę tłumaczył zmianą w sytuacji społeczno-politycznej i „prawnym uregulowaniem stosunków państwo – Kościół i Polska – Watykan”. Dodał także, że systemy ewidencjonowania danych o duchowieństwie w pełni zabezpieczają potrzeby SB. Kolejny etap niszczenia archiwów związany był z reorganizacją MSW w sierpniu 1989 r. Zlikwidowano wówczas najważniejsze piony operacyjne bezpieki, m.in. departamenty III (działalność antykomunistyczna), IV (walka z Kościołem), V (sfera produkcyjna) i owiane złą sławą Biuro Studiów zajmujące się elitą solidarnościowego podziemia. Przykładowo z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów powstał później Departament Studiów i Analiz. W ten sposób skoncentrowano bodaj najważniejsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa procesu transformacji ustrojowej, aktualne sprawy operacyjne i zbiory archiwalne dotyczące ludzi Kościoła i „Solidarności”. Elita byłego Departamentu IV i Biura Studiów przystąpiła wówczas do akcji niszczenia akt. Szef Wydziału Studiów i Analiz w Gdańsku mjr Jerzy Frączkowski wspominał później, że nowo utworzona komórka „nie prowadziła już pracy operacyjnej”, a wytyczne w sprawie niszczenia materiałów operacyjnych otrzymywał bezpośrednio od wiceministra spraw wewnętrznych gen. Henryka Dankowskiego i szefa SB płk. Jerzego Karpacza podczas specjalnych telekonferencji. W tym czasie zacieranie śladów po przestępczej działalności SB oraz ukrywanie najcenniejszej agentury było bodaj najważniejszą sprawą, jaką w ogóle zajmował się resort Kiszczaka.

Złodziejska prywatyzacja

W operacji „brakowania akt” nie chodziło wcale o zniszczenie wszystkich najcenniejszych aktywów archiwalnych bezpieki. Już w sierpniu 1989 r. przystąpiono do selekcji materiałów SB pod kątem wyodrębnienia tych o największym znaczeniu operacyjnym i politycznym. Następnie niektóre z tych materiałów mikrofilmowano w dwóch kopiach, oryginały zaś niszczono. Wiele ze zmikrofilmowanych archiwaliów zniknęło wiosną 1990 r. Proces „prywatyzacji” najciekawszych materiałów agenturalnych opisał pod koniec 1990 r. jeden z archiwistów gdańskiej SB kpt. Jan Żaczyński, który podjął później pracę w UOP: „materiały dotyczące wyeliminowanych źródeł informacji z terenu całego województwa gdańskiego były zmikrofilmowane. Kopie mikrofilmów były udostępniane pracownikom, natomiast oryginały mikrofilmów, tzw. filmy matki, miałem zabezpieczone u siebie w szafie. W okresie miesięcy marzec – kwiecień 1990 r. na skutek wielokrotnych nalegań i gróźb ze strony ówczesnego kierownika kpt. Aleksego Świetlika oraz naczelnika mjr. Michała Stryczyńskiego, wydałem im bez pokwitowania wszystkie mikrofilmy »matki«. Twierdzili oni, że mikrofilmy te mają być odtąd przechowywane na stałe u kierownika kpt. Aleksego Świetlika. Nie wiem, co się z tą dokumentacją stało, ale w tej chwili w tutejszym wydziale archiwum nie ma żadnego protokołu zniszczenia dokumentów bądź przekazania ich innej jednostce. Mikrofilmów tych nie ma też w Wydziale”. Nieprzypadkowo część zaginionych wówczas mikrofilmów odnaleziono w 1993 r. w mieszkaniu byłego majora SB Jerzego Frączkowskiego w Gdańsku. Poza dokumentacją agenturalną i operacyjną dotyczącą Lecha Wałęsy posiadał on także wyjątki ze spraw operacyjnych SB prowadzonych m.in. przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, Bogdanowi Borusewiczowi i Bogdanowi Lisowi.

Archiwalna pożoga

Akcja niszczenia akt bezpieki w latach 1989 – 1990 miała charakter przemysłowy. Tylko jednego dnia w papierni w Konstancinie-Jeziornie zniszczono 3 tony dokumentów MSW. Była to jednak kropla w morzu tego, co w tym czasie uległo zniszczeniu. Wyjątkowej wagi dokumentacja dotycząca odtworzenia procesu niszczenia akt trójmiejskiej SB zachowała się w gdańskiej prokuraturze. Akcję tę realizowano przez kilka miesięcy w systemie trzyzmianowym. Były okresy, kiedy codziennie, w biały dzień, pod siedzibę WUSW w Gdańsku podjeżdżały samochody ciężarowe, które wywoziły akta na wysypiska śmieci w Szadułkach, do wykopanych dołów na podmokłych Żuławach Wiślanych i do „Celulozy” w Świeciu. Przedsięwzięcie to angażowało całe kierownictwo resortu spraw wewnętrznych, które oficjalnie prowadziło w tej sprawie korespondencję z papierniami mającymi przyjąć bezpieczniacką „makulaturę”. Z dokumentów wynika, że w drugiej połowie 1989 r. w ciągu zaledwie jednej doby niszczono od 2 do 5 ton dokumentów gdańskiej bezpieki w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu. Udokumentowano cztery takie transporty do Świecia (25 sierpnia 1989 r., 17 października 1989 r. i dwie dostawy z 14 grudnia 1989 r.). „Gdy przyjechaliśmy do Świecia, Aleksy Świetlik załatwił odpowiednią przepustkę i wjechaliśmy na teren zakładów celulozowych” – zeznawał były funkcjonariusz SB Ryszard Szreder, który później znalazł zatrudnienie w policji. „Samochody tyłem podjechały przed wejście do hali i następnie nosiliśmy worki na odległość ok. 6 – 7 metrów i wrzucaliśmy je do kręcącego się bębna z wodą. Worków nie otwieraliśmy, tylko w całości je wrzucaliśmy. Wydaje mi się, że do Świecia pojechali wszyscy z Wydziału C, którzy przyszli tego dnia na 6 rano do pracy. Bębny miały określoną pojemność, mieściło się w nich po mniej więcej 15 worków, potem trzeba było czekać ok. 25 minut i wrzucać ponownie. Pracowaliśmy przy tym do ok. godziny 16. Uważam, że każdy z nas wiedział, co znajdowało się w tych workach”.

Kilometry utraconych akt...

Trudno dziś dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wiadomo, że proces niszczenia archiwów SB przebiegał równolegle w centrali MSW i w wojewódzkich urzędach spraw wewnętrznych. Z centralnej kartoteki ogólnoinformacyjnej Biura „C” MSW zginęło wówczas około 600 tys. kart rejestracyjnych. W połowie przetrzebiono także kartotekę czynnych i wyeliminowanych osobowych źródeł informacji. Wyniesiono także tzw. Zbiór 560, czyli utworzoną w lipcu 1989 r. na polecenie gen. Dankowskiego kartotekę zawierającą informacje operacyjne na temat parlamentarzystów wybranych w wyborach 4 czerwca 1989 r. Skala dokonanych zniszczeń jeszcze dzisiaj wprawia o zawrót głowy, choć znamy jedynie dane z niektórych regionów kraju. W Łodzi zniszczono w tym czasie około 70 procent zasobu archiwalnego, w tym: prawie 41 (z 47) tysięcy teczek tajnych współpracowników, ponad 21 (z 26) tysięcy spraw operacyjnych i 8 (z 13) tysięcy spraw śledczych. W Trójmieście było jeszcze gorzej. Zniszczenia sięgają ponad 90 procent, w tym: prawie 26 tys. teczek agenturalnych (99 proc.), ponad 13 tys. spraw operacyjnych (86 proc.) i ok. 8,5 tys. teczek postępowań i spraw przygotowawczych (94 proc.). „Wybrakowano” ponadto prawie 10 tys. mikrofilmów, dzienniki archiwalne, dzienniki rejestracyjne, skorowidze wyeliminowanych agentów itd.

Akcja zorkiestrowana

Podobne operacje przeprowadzono w tym czasie w strukturach wywiadu (II Zarząd Sztabu Generalnego) i kontrwywiadu wojskowego (Wojskowa Służba Wewnętrzna). Przykładowo w 1990 r. ostatni szef WSW gen. Edmund Buła miał skopiować i przekazać Sowietom całą kartotekę. Pod jego okiem zniszczono w tym czasie ok. 40 tys. jednostek archiwalnych. Proces niszczenia archiwów miał miejsce także w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie m.in. częściowo „wybrakowano” zbiory Wydziału Konsularnego (sprawy polonijne). Jako że obie instytucje ściśle współpracowały z bezpieką, podobna akcja objęła również wydziały spraw wewnętrznych w urzędach wojewódzkich oraz urzędy do spraw wyznań. Proces ten nie ominął także akt Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Ruch” (akta osobowe dziennikarzy) i jej właścicielki – PZPR. Rozpoczął się najpewniej 20 grudnia 1989 r. od zniszczenia stenogramów z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR z lat 1982 – 1989. Jednak już w lipcu 1989 r. gen. Wojciech Jaruzelski polecił przekazać stenogramy do depozytu Sztabu Generalnego Ludowego Wojska Polskiego. W ten sposób zniszczono 266 być może najważniejszych dokumentów Biura Politycznego dekady lat 80. Dokumenty partyjne niszczono także w komitetach wojewódzkich PZPR, co zostało zresztą już w tamtym czasie ujawnione głównie za sprawą antykomunistycznej młodzieży z Konfederacji Polski Niepodległej i Federacji Młodzieży Walczącej. Działacze tych organizacji na przełomie lat 1989 i 1990 pikietowali siedziby PZPR w Bydgoszczy, Krakowie, Lublinie i Gdańsku. Zajęcie gmachu KW PZPR w Gdańsku w końcu stycznia 1990 r. nastąpiło dokładnie w czasie niszczenia archiwów partyjnych. W kotłowni znaleziono hałdy zmielonych oraz dopalających się akt PZPR.

Konsekwencja godna innej sprawy

Niestety, przemysłowy charakter niszczenia archiwów zyskał przyzwolenie ze strony elit solidarnościowych. Nie zrobiono praktycznie nic, aby ten proces zatrzymać. Nawet wówczas, kiedy pojawiła się możliwość osądzania winnych, ludzie z rodowodem solidarnościowym robili wszystko, by sprawiedliwości nie stało się zadość. Z jednej strony nie usuwali z szeregów Urzędu Ochrony Państwa i policji ludzi, którzy aktywnie uczestniczyli w akcji niszczenia dokumentów. Z drugiej natomiast, tak jak szef MSW w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego – Henryk Majewski, konsekwentnie odmawiali zwolnienia oskarżanych przez prokuraturę funkcjonariuszy o niszczenie dokumentów SB z tajemnicy państwowej „w zakresie wszelkich danych dekonspirujących personalia osobowych źródeł informacji, których akta zostały zniszczone, oraz ujawniających przedmiot postępowań operacyjnych, których materiały także zniszczono” (decyzja MSW z 19 lipca 1991 r.). W ten sposób praktycznie nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej za zniszczenie części narodowego zasobu archiwalnego.

Podobnie postępowano w przypadku akt partyjnych.

Dzisiaj ci sami ludzie, którzy w latach 1989 – 1990 popełnili grzech zaniechania i przyzwolili na zniszczenie wielu kilometrów akt, mówią nam, że akta bezpieki nie mają większej wartości, i zamierzają przejąć kontrolę nad IPN. I to jest być może najlepsze wytłumaczenie ich postawy sprzed 20 lat.

Rzeczpospolita

wtorek, 15 grudnia 2009

Research jednostronny - broń w rękach "czerskich"

2009-12-15 11:45



A wiecie co? Pisałem sobie wczoräj o „Gazecie Wyborczej” i licealistach z Wrocławia i miałem deja vu. Część argumentów już gdzieś padła i kiedyś coś pisałem o „researchu jednostronnym” niektórych (podkreślam NIEKTÓRYCH) kolegów z Czerskiej. Tak. To było ponad pół roku temu – moja laurka urodzinowa dla „GW”. Oto one - maj 2009:


Nie mam pretensji do "Gazety Wyborczej" za jej poglądy, ani za znaczek "Solidarności", ani za sprawy własnościowe. Nie zarzucam jej, że jest zbyt lub za mało lewicowa, bo ma do tego święte prawo. Czytam ją po prostu od dokładnie dwudziestu lat i ... podziwiam. Za wyprodukowanie pięciu nieznanych tricków dziennikarskich.

W ogóle nie odnosiłbym się do jej dwudziestolecia, gdyby nie dzisiejszy numer "GW" i tekst Adama Michnika o tym, że "Gazeta" jest jednym z najlepszych dzienników ... w Europie. Trochę czytam prasy europejskiej i pewnych form ani "Guardian" ani "Le Figaro" nie odkryły. Choć miały na to całe dziesięciolecia. Oto one:

TYKALSTWO - o zasadzie tykalstwa przypomniał mi dzisiaj Piotr Pacewicz, który zrobił wywiad z jednym z przywódców polskich homoseksualistów. Przez cały wywiad (dotyczy jakiegoś homofoba, który właśnie przebywa w Polsce - sprawa o czym mówię od razu w ogóle mnie nie interesuje) Pacewicz i rozmówca są na "ty", a pytania łagodne jak baranek. Przypomniałem sobie, że "Gazeta" często jest "na ty" z kimś, z kim się zgadza, a na pan z wrogami. Jeżeli zrobiłbym coś po myśli "GW" byłbym "34-letnim Kubą Kumochem, znanym dziennikarzem i publicystą". Gdybym zrobił coś nie po myśli stałbym się "niejakim Jakubem Kumochem, prawicowym komentatorem, który zasłynął m.in. obroną byłego neofaszysty Piotra Farfała". Problem tylko wtedy, jeżeli po imieniu publicznie zaczyna się być z Anetą Krawczyk czy "Sławkiem" Sikorą...

PHOTOKILLING - dla przeciwników jest nie tylko forma "na pan" i znacznie trudniejszy zestaw pytań, ale również czyhający na ziemi fotograf, który ma uchwycić człowieka od dołu z rozdziawioną japą, najlepiej na tle godła narodowego lub wyrastającego mu znad głowy krzyża. O zasadzie photokillingu już pisałem. Leszek Balcerowicz jest na zdjęciach "GW" zawsze zamyślony, poważny, ale żadnemu z braci Kaczyńskich buzia się nie domknie. Prezydenta w Gruzji pokażemy na tle rosłego ochroniarza, by cały naród zobaczył jaki kurdupel, ale gdyby prezydentem był Aleksander Kwaśniewski (też nie bysior), to stałby na podwyższeniu, żeby naród zobaczył jaki mąż stanu. Nie znam innej opiniotwórczej gazety na świecie, która to robi.

WIEKOBÓJSTWO - przeciwnik "GW" ma również problem, jeżeli jest za młody. Podejmujesz polemikę z Adamem Michnikiem albo mówisz, że Lech Wałęsa jednak nie jest tak krystaliczny? Licz się z tym, że zostanie ci wypomniane (trzy razy w tym samym tekście), że jesteś rocznik siedemdziesiątyktóryś albo osiemdziesiątyktóryś i że - w domyśle powinieneś siedzieć cicho. No i siedzą cicho. Zauważyliście związek między dwoma faktami: częstotliwością z jaką ten czy inny publicysta "GW" wypomina komuś młody wiek i rzadkotliwością z jaką można zauważyć młodego człowieka w metrze warszawskim z "Gazetą" w ręku?

RESEARCH JEDNOSTRONNY - zasada "researchu jednostronnego" mówi, że działania przeciwników należy rozpatrywać zgodnie ze szkołą makiawelistyczną, a działania "naszych" zgodnie z idealistyczną wizją świata. Przykłady? Załóżmy sobie, że pod Pałac Prezydencki przychodzi 400 demonstrantów trzymających w rękach kaczuszki i gwizdki. Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie tekst gazetowyborczy. "GW": Setki warszawiaków wzięły udział w kolorowym happeningu pod Pałacem Prezydenckim. - Kaczka do stawu - skandowali. Wśród demonstrujących były całe rodziny z dziećmi. - Przyszedłem tu z wnukiem, bo nie chcę się wstydzić za prezydenta - powiedział nam 70-letni pan Antoni. A teraz odwrotna sytuacja. 400 demonstrantów z gwizdkami i kaczorami Donaldami pod siedzibą premiera. "GW". Te same hasła. "GW": (...) Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy akcją, w której w strugi warszawskiego deszczu zwieziono kilka pordzewiałych autokarów, kierował główny PR-owiec PiS X.Y.. - Przyjechaliśmy tutaj, bo grożono nam wyrzuceniem z partii - mówił starszy człowiek, wyraźnie niezadowolony i zniecierpliwiony. W PiS odmówiono nam komentarza. Sam X.Y. nie odbierał wczoraj telefonu.

UWYBITNIANIE - zasada uwybitniania mówi, że każdy nasz rozmówca, który potwierdza naszą tezę powinien być za to uhonorowany. Lekarz, który potępia Ziobrę za Doktora G. to "wybitny kardiochirurg profesor X.Y", pisarz, który ogłosił, że IV RP to wstyd staje się "wybitnym intelektualistą", historyk polemizujący z Cenckiewiczem to "wybitny znawca dziejów PRL, prof. dr hab.", reżyser bojkotujący TVP zostaje "wybitnym reżyserem". Najłatwiej "uwybitnianie" idzie z profesorami uniwersyteckimi. O każdym z tytułem "prof." da się od biedy powiedzieć "wybitny". Żaden się na pewno nie obrazi, a 90 proc. z nich jest święcie przekonane, że są wybitni.

A ja za wszystkie te tricki jestem na swój sposób wdzięczny. I naprawdę nie chcę, aby "Gazeta" kiedykolwiek przestała istnieć. Takiej dawki adrenaliny przez 20 lat nie zapewnił mi nikt inny.

A przy okazji - przyznaję - w przerwach między powyższymi zagrywkami zapewniła mi stały dopływ znakomitego reportażu, kilkadziesiąt świetnych piór i kilku fajnych kumpli, od których mogłem się czegoś nauczyć. Tym ludziom nie dedykuję tego wpisu. Po prostu bądźcie sobą przez kolejne 20 lat.

A reszcie? Nie zwalniajcie koledzy! Alleluja i do przodu!

Ps. Wszystkie użyte nazwy tricków są kumochizmami.




Jakub Kumoch

Dziennikarz, bloger, maratończyk, startoholik, przemądrzalec. kumoch@mailcity.com

środa, 18 listopada 2009


Sumliński mówi




Jest zagubiony, półtora roku po aresztowaniu i próbie samobójstwa Wojciech Sumliński opowiada o sprawie związanej z Aferą Aneksową, o swoich przeżyciach i zniszczonym przez służby specjalne życiu.



fot. za Wprost.


Sumliński mówi




Jest zagubiony, półtora roku po aresztowaniu i próbie samobójstwa Wojciech Sumliński opowiada o sprawie związanej z Aferą Aneksową, o swoich przeżyciach i zniszczonym przez służby specjalne życiu.



fot. za Wprost.

środa, 21 października 2009

Rozmowa z Mariuszem Kaminskim

CAŁA ROZMOWA Z MARIUSZEM KAMIŃSKIM

Rozmowa z b. szefem CBA - cz. 1 (na temat stoczni)


Rozmowa z b. szefem CBA - cz. 2 (na temat afery hazardowej, małżeństwa Kwaśniewskich i Weroniki Marczuk-Pazury)

czwartek, 25 czerwca 2009

Rewolucja homoseksualna


Tomasz P. Terlikowski 25-06-2009, ostatnia aktualizacja 25-06-2009 07:50

Jeśli prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia w stosunkach dwóch partnerów, a celem jest tylko ich zadowolenie, to nie ma powodów, by czynić różnicę między relacją homoseksualną a zoofilską

Geje i lesbijki na swoich manifestacjach coraz częściej pozwalają sobie nie tylko na epatujące homoseksualnym erotyzmem stroje, ale też na przebieranie się w habity i sutanny. Na zdjęciu Parada Równości w Madrycie w 2005 roku
źródło: AFP
Geje i lesbijki na swoich manifestacjach coraz częściej pozwalają sobie nie tylko na epatujące homoseksualnym erotyzmem stroje, ale też na przebieranie się w habity i sutanny. Na zdjęciu Parada Równości w Madrycie w 2005 roku
Tomasz P. Terlikowski
źródło: Rzeczpospolita
Tomasz P. Terlikowski

O co chodzi działaczom gejowskim i ich lewicowo-liberalnym poplecznikom? Czy o równouprawnienie i o tolerancję dla wyborów życiowych homoseksualistów? Czy może raczej o radykalną zmianę modelu kultury i cywilizacji, jaka nas otacza? Czy chodzi o znalezienie dla siebie miejsca wewnątrz wspólnej przestrzeni kulturowej, czy może o światopoglądową rewolucję?

Część gejowskich aktywistów uważa, że uciskana przez wieki mniejszość homoseksualna powinna otrzymać prawa większe od heteroseksualistów, tak by dokonało się zadośćuczynienie za wieki męczarni

Analiza sposobu działania organizacji gejowskich i ich radykalizujących się postulatów musi prowadzić do wniosku, że celem jest zburzenie cywilizacji zachodniej zbudowanej na normach i wartościach judeochrześcijańskich, a także na pełnej akceptacji i ochronie rodziny. Ma ona zostać zastąpiona kontrkulturą, która swoje wzorce czerpie z rewolucji obyczajowej 1968 roku. Rewolucja zaś zawsze zakłada, że to, co stare, musi zostać zrównanie z ziemią i dopiero na gruzach starego zbudowana może zostać nowa, już „niedyskryminująca” mniejszości seksualnych kultura. Kultura wolna od moralnych zasad i seksualnych ograniczeń.

Mówić poprawnie

Pierwszy krok na drodze tej rewolucji jest już za nami. Działacze gejowscy i ich poplecznicy doprowadzili bowiem do zmiany znaczenia pewnych słów, zastąpienia starych pojęć nowymi, mając świadomość, że to, jak mówimy, wpływa na to, jak myślimy. Najistotniejsza rewolucja dokonała się niepostrzeżenie w medycynie i psychologii, a szerzej w świecie medialnym.

I wcale nie chodzi tu o zastąpienie mało sympatycznego słowa „pedał” czy bardziej fachowego określenia „pederasta” infantylnym terminem „gej” (angielskie słowo „gay” oznaczało wesołka), ale o wprowadzenie do debaty publicznej, a nawet do języka ludzi Kościoła terminu „orientacja seksualna”.

Termin ten, wbrew temu, co próbuje nam się wmówić, wcale nie jest bowiem obojętny aksjologicznie i naukowo sterylny. Przeciwnie – zakłada bardzo konkretne poglądy moralne, czyli uznanie, że homo-, bi- i heteroseksualizm są tak samo uprawnionym sposobem uprawiania seksu i budowania relacji. Wniosek z tego założenia może zaś być tylko jeden: nie ma powodów, by jedną z tych orientacji uznawać za lepszą czy bardziej pożądaną od innych.

Takiego wniosku nie da się zaś oprzeć na wynikach nauk empirycznych. Z faktu bowiem, że relacje homoseksualne występują niekiedy w przyrodzie (czego dowodem ma być wielbiona przez gejowskich lobbystów para homoseksualnych pingwinów w niemieckim Bremerhaven) nijak nie wynika, że takie zachowanie jest normalne czy moralnie akceptowalne. Gdyby tak było, to prawodawstwo czy publiczna moralność byłaby zmuszona uznać za normę także zjadanie swoich partnerów po odbytym stosunku seksualnym (bo i to się zdarza w przyrodzie).

Zakazać wątpliwości

Działacze gejowscy mają świadomość tego, że ich argumenty na poziomie naukowym są słabe, dlatego próbują zakazać prowadzenia jakichkolwiek badań mogących przynieść ustalenia niezgodne z ich oczekiwaniami. Wymuszone na Amerykańskim Towarzystwie Psychiatrycznym czy Światowej Organizacji Zdrowia decyzje o wykreśleniu homoseksualizmu z listy chorób traktowane są jak objawienie, którego nikomu nie wolno podważać.

Psycholog, socjolog czy choćby polityk, który odważy się zasugerować, że homoseksualizm jest odstępstwem od normy, zostanie skazany na wieczną infamię, a próba zorganizowania z nim spotkania (o czym przekonali się w Polsce studenci z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, którzy chcieli się spotkać z doktorem Paulem Cameronem) kończy się nieodmiennie histerią i wzywaniem do zaangażowania policji czy prokuratury do walki z nienawiścią.

I w wielu krajach prokuratura już się takimi sprawami zajmuje. W Holandii deputowany Christian Vanneste już w 2006 roku został skazany na 13 tys. euro grzywny, ponieważ stwierdził, że homoseksualizm stanowi zagrożenie dla ludzkości. A brytyjskich dziennikarzy katolickich wysyłano już na przymusowe leczenie z homofobii.

Ale – i to jest nie mniej groźne – kwestionowanie „normalności” homoseksualizmu jest zakazane także na uniwersytetach czy w ośrodkach badawczych. Niedopuszczalne jest podejmowanie leczenia homoseksualistów. Nie tak dawno holenderski minister kultury, oświaty i nauki Ronald Plasterk cofnął rządowe dotacje dla ewangelickiej fundacji Onze Weg, która wspiera homoseksualnych chrześcijan szukających drogi wyjścia ze swej skłonności i – co gorsza – może się poszczycić sukcesami.

Granty (a to one są podstawą finansowania współczesnej nauki) w Europie czy w mniejszym stopniu w Stanach Zjednoczonych otrzymać można na badanie patologii w życiu rodzinnym, pedofilii wśród ojców rodzin, a także na udowodnienie, jak opłakane skutki dla tożsamości płciowej dzieci ma homofobia ojców, matek i społeczeństw.

Nie da się zdobyć finansowego wsparcia np. na przebadanie trwałości związków osób tej samej płci (no, chyba że z góry się podkreśli, iż zamierza się dowieść, że są one szczęśliwsze i trwalsze od przestarzałych i nienowoczesnych małżeństw). Na indeksie są także poszukiwania odpowiedzi na pytanie o źródła homoseksualizmu (chyba że chce się dowieść, że są one uwarunkowane genetycznie) lub (za to można trafić na oddział reedukacji z homofobii) sprawdzanie, czy zachowań homoseksualnych można człowieka oduczyć.

Gdyby jednak ktoś w jakiś sposób zdobył grant i takie badania podjął, to na początku musiałby się zmierzyć z histeryczną krytyką medialną (a także akcją wysyłania donosów do sponsorów uczelni czy władz państwowych), a na koniec zostałby okrzyknięty homofobem, którego badania z natury rzeczy – jako ukrytego faszysty – są nieobiektywne.

Wymusić akceptację

Zakaz samodzielnego myślenia (czy żartowania z homoseksualistów – jak pokazuje sprawa opublikowanych niedawno w „Rzeczpospolitej” rysunku Andrzeja Krauzego czy felietonu o kozie Macieja Rybińskiego) jednak nie wystarcza gejowskim rewolucjonistom. Oni chcą wymusić nie tylko milczenie, ale i pełną akceptację czy nawet zachwyt dla swojego stylu życia.

Hiszpański sędzia Fernando Ferrin Calamita za to, że odwlekał przyznanie parze homoseksualnej dziecka – czyli za „jawną homofobię”, jak orzekł sąd w Murcii – stracił prawo wykonywania zawodu na dwa lata. Nakazano mu też wypłacenie owej parze 6 tysięcy euro zadośćuczynienia.

W Wielkiej Brytanii katolickie (ale także zielonoświątkowe czy część anglikańskich) ośrodki adopcyjne musiały w ubiegłym roku zaprzestać swojego działania, ponieważ sądy uznały, że odmowa przekazywania dzieci parom homoseksualnym jest złamaniem przepisów „Sexual Orientation Regulations” z 2007 roku.

Za homofobkę, której zdanie nie powinno się liczyć, została także uznana dwa miesiące temu ciężko chora kobieta, którą brytyjska opieka społeczna w Brighton zmusiła do przekazania swojego dziesięcioletniego syna pod opiekę parze homoseksualnej prowadzącej hotel. W odpowiedzi na obawy i zastrzeżenia zrozpaczonej matki urzędnik stwierdził, że homoseksualiści, którzy zaopiekują się jej dzieckiem, są „doświadczeni i w pełni wykwalifikowani”.

Lobby gejowskie nie poprzestaje jednak na zmianach prawnych czy prawnym wymuszaniu postaw. Dla niego o wiele istotniejsze jest, by skłonić wszystkich uczestników życia publicznego do odrzucenia zasad tradycyjnej moralności, a tych, którzy nie mają na to ochoty, wyrzucić poza nawias debaty jako homofobów. W mediach odniesiono sukces, podobnie w szkole (brytyjskiej czy francuskiej) już się to udało i dzieci od przedszkola uczą się o równouprawnionych metodach zaspokajania popędu płciowego.

Problemem są jedynie Kościoły (niektóre) chrześcijańskie, które – by zacytować jezuitę ojca Jacka Prusaka z „Tygodnika Powszechnego” – „wciąż budują swój stosunek do aktów homoseksualnych na Biblii”. A w niej trudno jest znaleźć coś miłego na temat homoseksualistów. Ale i na to działacze gejowscy mają radę: dokonują radykalnej reinterpretacji Biblii i znajdują w niej dobrze ukryte wątki homoseksualne (ot, choćby sugerując, że Jezus był gejem, wędrował bowiem tylko z mężczyznami, a jego ukochanym uczniem był Jan).

Budują także wewnątrz wspólnot religijnych wpływowe lobby homoseksualne – wystarczy wspomnieć wspierającą m.in. ruch homoseksualistów Fundację Evelyn i Waltera Haasa Jr., która przyznała ostatnio milion dwieście tysięcy dolarów grupom gejowskim na propagowanie wśród wyznań chrześcijańskich pełnej akceptacji dla aktów homoseksualnych.

Sprofanować świętość

Wspólnoty, które tego rodzaju działaniom nie ulegają (a największą i najsilniejszą z nich pozostaje Kościół katolicki), stają się przedmiotem niewybrednych ataków czy żartów. Warto zwrócić tu uwagę na ewolucję, jakiej podlegają gejowskie parady w Polsce. Jeszcze niedawno zwolennicy „równouprawnienia homoseksualistów”, nie chcąc drażnić zwykłych obywateli, maszerowali w swoich codziennych ubraniach z balonikami przez Polskie miasta. Dziś już geje i lesbijki na swoich manifestacjach coraz częściej pozwalają sobie nie tylko na epatujące homoseksualnym erotyzmem stroje, ale też na przebieranie się w habity i sutanny (także białe, papieskie) – oczywiście wyposażone w specyficzne akcesoria, takie jak tęczowe stuły czy dyndające na piersi penisy.

Coraz częściej zdarzają się także prowokacyjne ataki na miejsca święte czy ważne dla chrześcijan symbole. Grupy działaczy homoseksualnych celowo profanują msze święte, przerywają kazania biskupów czy inspirują władze państwowe do potępiania Kościoła katolickiego. W listopadzie ubiegłego roku trzydziestu gejów wtargnęło do ewangelickiego kościoła w Lansing w stanie Michigan. „Jezus był homo!” – wykrzykiwali. Wdarli się na ambonę i rozwiesili tęczową flagę. W ubiegłym miesiącu zaś władze miejskie Los Angeles przyjęły rezolucję odcinającą się od „homofobicznego katolicyzmu”.

A czasem nawet wymuszają administracyjne zakazy głoszenia Ewangelii. Jak potrafią być skuteczni, przekonał się szwedzki pastor Ake Green, zielonoświątkowiec, którego skazano (wyrok ostatecznie uchylił Sąd Najwyższy) za przypominanie, co o aktach seksualnych między mężczyznami mówi Stary Testament.

Wszystkie te działania odbywają się oczywiście pod hasłem obrony uczuć homoseksualistów, które w debacie publicznej zastąpiły pojęcie moralności publicznej czy uczuć religijnych (te ostatnie mogą być bezkarnie obrażane przez działaczy gejowskich).

Logika homorewolucji

Wymuszenie (gdy trzeba – za pomocą środków karnych lub szantażu) uwielbienia dla homoseksualizmu nie jest jednak ostatnim krokiem na gejowskiej mapie drogowej. Już teraz część środowisk homoseksualnych otwarcie przyznaje, że trzeba iść dalej i wprowadzić do systemów prawnych model „pozytywnej dyskryminacji” w odniesieniu do heteroseksualistów – chodzi o coś w typie „akcji afirmatywnej”, którą kilkadziesiąt lat temu stosowano wobec kolorowych mieszkańców USA. Podobnie jak kiedyś Murzyni, obecnie uciskana przez wieki mniejszość homoseksualna powinna otrzymać prawa większe od heteroseksualistów, tak by dokonało się zadośćuczynienie za wieki męczarni.

Nie mniej istotne jest doprowadzenie do takiej sytuacji, by uprawnienia małżeństw (związane przecież w kulturze i prawie z pewnymi szczególnymi obowiązkami) przysługiwały wszystkim (krótko lub długoterminowym) relacjom seksualnym. Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem, i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie (wbrew pozorom, biorąc pod uwagę rosnący w siłę ruch przeciwko szowinizmowi gatunkowemu, wcale nie jest to niemożliwe) także z zoofilskim związkiem pana z kozą.

Dziś wprawdzie działacze homoseksualni odżegnują się od zoofilów (protestując choćby przeciw rysunkowi w „Rzeczpospolitej”), ale warto pamiętać, że jeszcze nie tak dawno żądali tylko, aby nikt nie wtrącał się do tego, co dwaj dorośli mężczyźni robią za zamkniętymi drzwiami, i odżegnywali się od postulatów legalizacji „małżeństw” gejowskich, a tym bardziej od adopcji dzieci przez homoseksualistów.

Taka jest logika postępu rewolucji homoseksualnej. Jeśli godzimy się na uznanie, że prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia w stosunkach dwóch partnerów, a jedynym celem jest zadowolenie uczestników tej relacji, to nie ma powodów, by czynić różnicę między relacją homoseksualną a zoofilską. Żart Macieja Rybińskiego może już niebawem stać się ciałem. Tyle że autorem listu w obronie praw seksualnych zwierząt będzie nie koza Mećka, ale Kampania przeciw Zoofobii albo jakiś wojowniczy publicysta „Gazety Wyborczej”, który oznajmi, że żarty ze związków zoofilskich „obrażają nas wszystkich”.

Czy rzeczywiście chcemy takiego świata?

Autor jest publicystą tygodnika „Wprost”

Rzeczpospolita

czwartek, 16 kwietnia 2009

Kto napisał ustawe medialną?

2009-04-16

Posiedzenie Sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu podczas której wysłuchano stanowiska przedstawicieli różnych srodowisk zwiazanych z mediami na temat ustawy medialnej. Dopiero na koniec posiedzenia komisji gościom posłów udało sie "wyciągnac" z przewodniczącej komisji odpowiedź na pytanie zawarte w tytule.

http://www.polityczni.pl/kto_napisal_ustawe_medialn%C4%85,,audio,54,3548.html

niedziela, 12 kwietnia 2009

Witrażysta Owsiak chce dać z baśki

11.04.2009 - 18:55

Na temat obecnych, kolejnych, problemów Lecha Wałęsy ze swoją przeszłością (bo tak należy właściwie opisywać sytuację wokół IPN) wypowiadały się już różne osoby. Jeśli były to osoby należące, mówiąc ogólnie, do kamaryli antylustracyjnej, względnie wspierające z różnych powodów politykę rządu, to wiadomo, w jakim tonie były to wypowiedzi. Treść pozostawał ta sama, zresztą nie mająca nic wspólnego z faktami, tylko forma bywała różna. W przeciwnym obozie istnieje znacznie większa rozbieżność poglądów, by wskazać tylko na wypowiedzi Piotra Gontarczyka, Sławomira Cenckiewicza, Janusza Kurytki, Jana Żaryna czy Antoniego Dudka.
Dziś jednak znalazłem wypowiedź, którą można uznać za swego rodzaju ukoronowanie kampanii pod hasłem „Przyznać Lechowi Wałęsie dożywotni immunitet od wszystkiego” (o motywach takiego postępowania, jakie kierują Platformą, pisałem niedawno w „Fakcie” – mój tekst można znaleźć tutaj). Jest to wypowiedź guru polskich dobroczyńców, osoby takim swoistym immunitetem obdarzonej już jakiś czas temu, Jerzego Owsiaka, zgodnie z modą na kumplowanie się ze wszystkimi nazywającego siebie samego „Jurkiem”.
O Owsiaku i jego akcjach mam zdanie wybitnie krytyczne. Pisałem o tym w Salonie24 dwukrotnie przy okazji finałów WOŚP. Wówczas jednak chodziło głównie o dokonania tego pana na polu zbiórek publicznych. Jest taka dobra cecha ludzi, działających w niektórych dziedzinach. Zaliczyć do nich można także dobroczynność: nie należy się mieszać do spraw spoza tej dziedziny, a już zwłaszcza nie należy zabierać głosu w kwestiach polityki. To w pewien sposób nie wypada, a może też zaszkodzić sprawie, której się służy.
Mój wielki szacunek zyskują osoby takie, jak choćby Anna Dymna, którą kilkakrotnie próbowano wciągać w różne polityczne inicjatywy, ale zawsze odmawiała. Podobnie na szacunek zasługują aktorzy, którzy wbrew modzie uważają się za kompetentnych tylko w kwestiach sztuki i aktorstwa. Warto zwrócić uwagę, że ta skromność dotyczy zazwyczaj aktorów starszego pokolenia, choć bynajmniej nie wszystkich, by wspomnieć Marka Kondrata.
Z drugiej strony mamy osoby, które najpierw zyskują przyznawany im przez elity warszawski i krakówka status postaci ponadpartyjnych, niezaangażowanych i niekwestionowalnych autorytetów, by potem nagle w odpowiednim momencie zabrać głos w jakiejś mocno kontrowersyjnej, ściśle politycznej sprawie. To np. casus Wisławy Szymborskiej, niegdyś autorki poematów, wysławiających najlepszy ustrój świata i Józia Słoneczko, potem autorki miłych, choć w mojej osobistej opinii dość przeciętnych wierszy, a następnie sygnatariuszki listów w sprawie aborcji, lustracji czy wyroku na prof. Andrzeja Zybertowicza. Przy tym, mimo swojego więcej niż jednoznacznego zaangażowania politycznego po stronie bardzo konkretnej wizji Polski, wręcz konkretnego środowiska, niektórzy wciąż usiłują wmawiać, że Szymborska jest osobą „niezależną” i pozapolityczną. To sprytny zabieg: nie myślące samodzielnie osoby, przyswajające sobie bez śladu refleksji klisze, przedstawiane przez Salon, akceptują następujące rozumowanie: skoro S. jest poza polityką, to jeśli zabiera głos w jakiejś sprawie, musi to być głos z wyższego poziomu, całkowicie obiektywny.
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku Owsiaka. Oczywiście jedynie najwięksi naiwniacy, cynicy lub idealiści mogliby sądzić, że Jerzy Owsiak jest ponadpolitycznym „dyrygentem” WOŚP. Dawno jednak nie dał wyrazu swoim poglądom w tak dosadny sposób jak teraz. Zrobił to zresztą w charakterystycznym dla siebie knajackim i chamski stylu, mówiąc: „Dość tego szmaciarstwa [czyli IPN]. Jak trzeba, mogę przyłożyć z baśki”. W obronie Wałęsy, ma się rozumieć.
Jerzy Owsiak, co szczególnie zabawne, odwołuje się, jak można wywnioskować z jego chamowatej wypowiedzi, nie tylko do książki Pawła Zyzaka, ale też wcześniejszej Gontarczyka i Cenckiewicza, nazywając tę pierwszą „powieścią kucharską”. Jak rozumiem, pan Owsiak przeczytał dokładnie obie książki, zwłaszcza tę Zyzaka, a że jako witrażysta z zawodu posiada wszelkie kwalifikacje, aby oceniać publikacje z punktu widzenia warsztatu historycznego, więc jego wypowiedź jest oparta na solidnych studiach i przemyśleniach.
Czy można tę deklarację Owsiaka o „przyłożeniu z baśki” oddzielić od jego działalności charytatywnej? W moim przekonaniu – nie. Gdyby sam Owsiak traktował swoją działalność jako apolityczną, unikałby podobnych wystąpień, zwłaszcza że chyba nikt ich od niego specjalnie nie oczekiwał. Skoro ich nie unika, należy uznać, iż z własnej woli wszystkie swoje działania wprzęga w swoją quasipolityczną aktywność.
Jeżeli Jerzy Owsiak miał jeszcze w moich oczach jakąś śladową choćby wiarygodność jako szef jednej z większych akcji dobroczynnych w Polsce, to właśnie ją stracił. Pomijając już fakt, że jego deklaracje o „dawaniu z baśki” sprowadzają dyskusję o sprawie niezwykle poważnej na poziom budy z piwskiem, gdzie Owsiak widocznie czuje się najlepiej.

Z „baśki” Owsiaka w „bydło” Bartoszewskiego


Portret użytkownika kokos26

Kiedy zbliżały się święta pomyślałem:
- Pewnie w mediach w końcu będzie trochę spokoju, wyciszenia. Odpoczną nareszcie kilka dni nasze wspaniałe elity, wybitni eksperci, niezastąpieni komentatorzy i analitycy politycznej sceny.

Niestety jak to się mówi Pan każe sługa musi. Jako, że wydarzyło się kilka „skandali” salon wydał hasło do ataku i świętego oburzenia trwającego jeszcze do późna w Wielki Piątek.

Tematem był oczywiście wstrętny IPN, zaszczuta „ikona”, czyli Lech Wałęsa, Marcin Libidzki opuszczający szeregi PiS, przy całkowitym przemilczeniu kolejnych zarzutów i podejrzeń wobec ministra Aleksandra Grada z PO.

Ten nasz salon, trzeba przyznać, z powodzeniem zastąpił biuro polityczne PZPR, które jak pamiętamy zawsze było inicjatorem potępieńczych wieców przeciwko różnym warchołom.

Niestety tak jak zlikwidowano przemysł stoczniowy ze stoczniowcami czy wielkie huty z hutnikami, brakuje dziś robotniczego mięsa, które można by spędzić w jedno miejsce i przedstawić reszcie plebsu, jako aktyw robotniczy mówiący wszelkiej maści wichrzycielom głośne i stanowcze NIE!!!

W III RP tą bolesną stratę i lukę wypełniają powołane specjalnie w tym celu liczne organizacje pozarządowe i tacy zawodowi sygnatariusze wszelkich listów otwartych i protestacyjnych jak Wajda, Kutz, Holland, Edelman, że wymienię tylko tych kilka nazwisk.

Mównicą zaś i trybuną, z której padają hasła do ataku stała się Gazeta Wyborcza. To z Czerskiej nieomylny palec sprawiedliwości i prawdy wskazuje współczesnym medialnym zomowcom i ormowcom, kogo lać i jak to robić, żeby wyglądało to wiarygodnie i naturalnie.

W czasach wrażej junty Kaczyńskich, która tak bardzo zagroziła naszej młodej demokracji, cały postępowy salon z dokooptowanymi artystami i komediantami słał listy otwarte, wiecował w auli UW, uruchamiał zagraniczna prasę i cieszył się z poparcia, jakie otrzymywał od mediów niemieckich i rosyjskich.

Każde wypowiadane słowo przez członków reżimu było analizowane pod kątem przydatności do spreparowania ataku wymierzonego w język pogardy i nienawiści.

Gdyby tak wszyscy sympatycy dzisiejszych rządów miłości nie mieli zatkanych uszu i zawiązanych oczu bez trudu by zauważyli, że na tle słów, jakie padają dziś z ust ekipy rządzącej „wyczyny” pisowców to była zwykła niegroźna dziecinada.

Wyskoki Palikota. Chamstwo Niesiołowskiego, który ostatnio poniża i pogardliwie obraża profesora Nowaka z UJ, wybitnego historyka i człowieka o takiej wysokiej kulturze osobistej, że na jego tle słowo profesor przed nazwiskiem wicemarszałka sejmu brzmi jak kiepski żart.

Szerzące się chamstwo, knajacki rynsztokowy język, wyścigi w ośmieszaniu, poniżaniu i obrażaniu przeciwników politycznych, w tym głowy państwa, osiągnęły, biorąc pod uwagę całe dwudziestolecie, absolutne apogeum.

Czy kogoś to niepokoi, przeraża? Czy troszczący się do tej pory o stan naszej demokracji i język debaty publicznej biją na alarm?

Kiedyś za stwierdzenie, że prezydent Kwaśniewski ma tłuste dupsko, lub jest nierobem niezawisłe sądy skazywały Cejrowskiego i Leppera prawomocnymi wyrokami. Dzisiejszego prezydenta można gnoić i lżyć bezkarnie nazywając chamem, s…….em, alkoholikiem, wynajdując mu różne choroby. Tabuny kabareciarzy i dziesiątki pajaców robi karierę przy aplauzie salonu na drwinach ze sposobu mowy, uczesani, chodu kaczorów. Ośmielone coraz bardziej bezczelnością i brakiem wszelkich barier takich ludzi jak Palikot czy Niesiołowski polityczne chłystki typu Karpiniuka poczynają sobie coraz śmielej.
Do „szkła kontaktowego” dzwonią coraz bardziej rozochoceni sympatycy rządzących z patriotycznymi, odważnymi apelami typu „utopcie tych szkodników” , „trzeba zniszczyć tych parchów”.

Jako przykład hipokryzji i zakłamania tych wszystkich zatroskanych jeszcze nie tak dawno wrażliwców niech posłużą słowa jednego z typowych przedstawicieli załganej koalicji strachu przed polskim narodem.
Jacek Żakowski w Rzepie:

„Wielką mobilizacją, ogólnonarodowym wysiłkiem, zbiorowym rzutem na taśmę półtora roku temu udało się odsunąć PiS od władzy. I bardzo dobrze. Bo niemal pod każdym względem były to najgorsze rządy w 20-letnich dziejach III RP.
Ulga była niemal natychmiastowa. Polityka szczucia znikła, a zaczęła się polityka miłości. W pierwszej chwili – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – atmosfera w Polsce zmieniła się diametralnie. Była to wielka zasługa Donalda Tuska i grupy osób z jego otoczenia. Bo dzięki nim znów żyć się w Polsce chciało. Więc chwała im za to.”

Taki ogląd rzeczywistości przez Żakowskiego przypomina zakochanego w zwykłej dziwce faceta, który, mimo, że na jego oczach zdradza go, kradnie, co się da i obrzuca przezwiskami wszystkich dookoła, on opowiada o niej wszem i wobec, że

na głowie kwietny ma wianek,
w ręku zielony badylek,
a przed nią bieży baranek,
a nad nią lata motylek”

Nie chce być tu złym prorokiem, ale myślę, że najgorsze jeszcze przed nami.

Widząc, czym można sobie zjednać salony i uzyskać ich przychylność ciągną watahy różnych cwaniaków, którzy plując w wskazaną stronę chcą upiec swój własny półgąsek.
Przykładem tej odczuwalnej przez Żakowskiego „natychmiastowej ulgi” i „diametralnej zmiany atmosfery” może być ostatnio wyskok Owsiaka.

- Jestem pacyfistą, ale mogę teraz z "baśki" przyłożyć. Niech tylko Wałęsa wskaże, komu - powiedział Jerzy Owsiak podczas oficjalnej konferencji prasowej dot. tegorocznego Przystanku Woodstock.

Właśnie w Wielki Piątek, w stacji TVN, która nie znalazła przez ostatnie dni czasu na zajęcie się na przykład aferą Aleksandra Grada, wystąpił Jerzy Owsiak powtarzając jak zwykły żul, swoje chamskie pogróżki wobec IPN-u.

Warto przypomnieć, że zrobił to w telewizji, która przejęła medialną opiekę nad jego „orkiestrą”. Jednym słowem bez TVN nie ma finansowego sukcesu Owsiaka.

Jedna „święta krowa” i „legenda”, wobec której zakazana jest wszelka krytyka udziela poparcia drugiej nietykalnej „świętej krowie” i „legendzie”. Cóż za wspólnota interesów tych dwóch gigantów dorównujących wielkością, jeśli wierzyć sondażom, samemu Janowi Pawłowi II.

Niektórzy dopiero dzisiaj ze zdziwieniem zauważyli, że Owsiak cynicznie wykorzystuje politykę do własnej promocji.

A czymże jest organizowana przez niego i Hołdysa na Przystanku Woodstock „słynna” o ironio „Akademia Sztuk Przepięknych” jak nie udzieleniem dostępu do podchmielonych owieczek takim salonowym pasterzom jak Monika Olejnik, Leszek Balcerowicz czy abp Józef Życiński?

W tym roku marzeniem Jurka Owsiaka jest goszczenie Władysława Bartoszewskiego.

Wszystko, więc jest na najlepszej drodze, aby dalej walić w „bydło” Bartoszewskiego z „baśki” Owsiaka choćby tylko po to, aby „elitom” III RP - cytując Żakowskiego – „ znów się w Polsce żyć chciało”.

środa, 8 kwietnia 2009

Wstrząsające zeznania w sprawie doktora G.

Kolejny dzień procesu kardiochirurga


Wstrząsające zeznania w sprawie doktora G.

Szokujące są zeznania lekarzy w śledztwie dotyczącym doktora Mirosława G., do których dotarła TVP Info. Opisują one śmierci pacjentów na stole operacyjnym tego kardiochirurga. Dziś doktor G. oskarżony m.in. o łapówkarstwo, oświadczył przed sądem, że do niczego się nie przyznaje.

czytaj dalej...
REKLAMA

Kardiochirurg, który kiedyś pracował w szpitalu MSWiA w Warszawie, a teraz w prywatnej klinice, odmówił składania wyjaśnień. Dlatego sąd zamiast przesłuchiwać lekarza, odczytywał jego zeznania złożone w śledztwie.

Najwięcej zarzutów stawianych Mirosławowi G. przez prokuraturę zarzutów dotyczy korupcji - jest ich 41. Ale śledczy zarzucają mu również znęcanie się nad najbliższą osobą i zmuszanie pracownicy szpitala do "innej czynności seksualnej".

Doktorowi G. grozi 10 lat więzienia. W śledztwie lekarz potwierdzał, że kilka razy pacjenci zostawiali mu koperty z pieniędzmi. Jednak zaprzeczał, by były to łapówki. Według niego, były to dowody wdzięczności. W śledztwie twierdził, że oddawał je potem na potrzeby szpitala.

Tymczasem TVP Info dotarła do poruszających zeznań złożonych w trakcie śledztwa w sprawie doktora G przez innych lekarzy.

Świadkowie opowiadali m.in. o przypadku kilkunastoletniego chłopca z zespołem Downa.

"Była przeprowadzana operacja korekcji wady wrodzonej całkowitego kanału przedsionkowo komorowego. Był to mężczyzna w wieku 16-17 lat. Pacjent był dyskwalifikowany do zabiegu przez ośrodki zajmujące się leczeniem wad wrodzonych serca (...). Taką korekcję powinno się wykonać w wieku 3-6 lat. Pacjent zginął na stole" - można przeczytać w zeznaniach jednego z lekarzy ze szpitala MSWiA.

Inny z pracowników placówki opowiedział prokuratorom o przypadku przeszczepu serca przeprowadzonym u małej dziewczynki.

"Tam w tym momencie została przewieziona ta dziewczynka, która była z dużym drenażem pooperacyjnym i która według mnie krwawiła. W niespełna kilkadziesiąt minut nastąpiło zatrzymanie krążenia, reanimacja nieskuteczna. Przeszczep przeprowadzał dr G. U dziewczynki nie została przywrócona krzepliwość krwi i moim zdaniem ona wykrwawiła się. Mogło być tak, że nieprzywrócenie krzepliwości było działaniem celowym, świadomym w celu poprawy funkcji. Według uzyskanych przeze mnie wiadomości, nie uzyskano przywrócenia pełnej krzepliwości krwi. Może być tak, że drugim elementem, który spowodował nadmierne krwawienie, była wielogodzinna operacja w krążeniu pozaustrojowym. To mnie bardzo zdziwiło. Ja G. powiedziałem, że walczymy do końca, bo moim zdaniem on odpuścił. Znamienne było to, co powiedział później rozpaczającej matce, że przecież ma jeszcze szóstkę dzieci do wychowania. Dziecko miało przeciwwskazania do operacji: dodatni antygen HBS, HCV, grzybicę, zakrzepicy żyły głównej górnej, marskość wątroby, czynną infekcję wirusową z temp. 38 st. C." - zeznał lekarz.

Kolejny opisywany przez świadka przypadek także zakończył się śmiercią.

"Spotkałem się po raz pierwszy z zabiegiem operacyjnym polegającym na pozostawieniu starego serca i doszyciu do niego nowego. Operację przeprowadzał dr G. (...) Chodziło o kobietę, której nazwiska nie pamiętam. G. pozostawił jej serce w organizmie. Ja nie miałem świadomości, że będę uczestniczył w takiej operacji. To była operacja wysokiego ryzyka w zabezpieczeniu serca (...). Nigdzie w rozpisie operacyjnym nie było pozostawienia serca. Po zrobieniu tej plastyki i zastawki byłem pewien, że będziemy się szykować do wyjścia z krążenia, ale dr G. zaczął doszywać serce dawcy do serca biorcy. Ja nie posiadam takiej wiedzy, żeby oceniać tę sytuację jako absurdalną, więc nie reagowałem (...). Pacjentka ta po zakończeniu operacji została przewieziona na oddział pooperacyjny. Nie pamiętam dokładnie, ale dwa czy trzy dni po operacji pacjentka zmarła. G. w ogóle nie tłumaczył się z tej operacji" - zeznał jeden z medyków.

Inny z lekarzy bronił jednak w tej sprawie dr. G.: "Znana jest mi problematyka doszczepu serca. Takie operacje robiło się w przeszłości, kiedy nie było sztucznych komór wspomagających. Dotyczyło to pacjentów, u których musiał być wykonany przeszczep dawcy, a serce było zbyt małe".

Oto jeszcze jeden fragment bulwersujących zeznań lekarzy ze szpitala MSWiA.

"Na początku pracy G. w CSK miała miejsce sytuacja, gdzie u pacjenta po wszczepieniu zastawki mitralnej wypruła się ta zastawka. Operację wykonywał dr G. On po tym wszystkim kwestionował działania wszystkich, w szczególności kardiologów, którzy dotknęli się do tego pacjenta (...). Z tego, co wiem, to G. zreoperował tego pacjenta, ale to już było za późno. G. trzeba było najpierw przekonywać, że zastawka się wypruła, przy czym on nie wierzył, że popełnił błąd. To był jeden z pierwszych ewidentnych sygnałów, kiedy G. wszedł w konflikt ze środowiskiem".

środa, 1 kwietnia 2009

'Tomasz Lis na żywo" - kontynuacja najgorszych tradycji TVP

31.03.2009 - 03:11

Ostatni program „Tomasz Lis na żywo” (30.III.09) był pokazem szczucia na IPN. Dziennikarskiego szczucia, które wpisuje się w akcję polityczną zainicjowaną przez posła Palikota, wspieraną przez SLD. Mało kto przeczytał tę książkę, ale już wybucha nagonka, której prawdziwym celem jest IPN. Tomasz Lis – dziennikarz bierze w niej czynny udział. Oto warsztatowe argumenty:

Tematem drugiej części jest dopiero co wydana książka 24-letniego historyka, Pawła Zyzaka,„Lech Wałęsa. Idea i historia” . W jej omówieniu Lis łamał wszystkie możliwe standardy dziennikarskie. Do rozmowy na temat kontrowersyjnej pozycji zaprosił tylko jedną stronę : Lecha Wałęsę – osobę dramatu i marszałka Bronisława Komorowskiego, obrońcę – to politycy, obydwaj atakują autora książki i IPN. Lis nie zaprasza drugiej strony - historyków. A należało „winowajcę” – autora i historyka z uznanym autorytetem. Jeśli autor odmówił, to np. promotora kontrowersyjnej pozycji, prof. Andrzeja Nowaka z UJ lub prof. Andrzeja Paczkowskiego, członka kolegium IPN.

Tomasz Lis manipuluje. Manipuluje pytaniem do widzów „Czy IPN powinien zostać rozwiązany?”Tym samym już na wstępie chce wytworzyć w widzu przeświadczenie, że IPN jest sprawcą ukazania się kolejnej „szkalującej” Wałęsę pozycji biograficznej. To jest perfidne.

W drugiej części programu nie mówi na wstępie, że 700 stronnicowa książka powstała jako praca magisterska na Uniwersytecie Jagiellońskim. ( w trakcie rozmowy z Komorowskim wspomina o UJ) Nie podaje podstawowych informacji, że książka nie jest częścią żadnego projektu badawczego IPN, nie była finansowana z budżetu IPN, nie była przez tę instytucję wydana. Jedyny związek z IPN, to fakt, ze na okres nieobecności jakiegoś pracownika instytutu, autor, Paweł Zyzak, od października 2008 ma kontrakt na stanowisku kopiowania dokumentów. W IPN znalazł się już po napisaniu książki.

Następny pokaz szczucia, to pytania, jakie Lis stawia w rozmowie z Lechem Wałęsą i Bronisławem Komorowskim. Koncert podpuszczania pod określony cel – zdezawuowanie IPN. Kiedy Wałęsa wypluwa stek wyzwisk do „onych”, którzy piszą o nim kłamliwe – zdaniem Wałęsy – książki: „Paranoicy, chorzy ludzie, faszyści, kłamcy, oszuści” Tomasz Lis wychwytuje jedno słowo by zadać pytanie „Czy kiedy pan mówi, że oni są gorsi niż faszyści, to Pan mówi o ludziach IPN-u?

Rozmowę z Bronisławem Komorowskim zaczyna od pytania: Czy pan nie ma wyrzutów sumienia głosując za powołaniem IPN ? W podtekście pytania, IPN – winowajca, zbrodniarz. Tu nawet Komorowski delikatnie wspomina, że wychodzą też pozycje wartościowe, a za czasów Kieresa nie było tak źle. W trakcie rozmowy padają takie błyskotliwe lisowe sformułowania „IPN to monopol w ramach wolności badań”. Jak zmusić IPN, żeby dopuściło ludzi o innych poglądach? Cała rzecz kończy się instrukcją i zachętą do zbierania podpisów pod inicjatywą obywatelską likwidacji IPN.

Zgroza. To chyba Lis był autorem inwektyw pod adresem dziennikarzy „sługusów PiS-u” . Dziś jest - używając jego języka - sługusem Palikota, sługusem polityków, którzy rozpętują akcję likwidacji IPN.

Żeby było jasne. Niezależnie od słabości z lat 70-ych Lech Wałęsa dla mnie jest ikoną. Wolałabym, żeby najpierw lub równolegle powstawały książki o jego ogromnej roli w strajku sierpniowym, o niezłomnym zachowaniu po stanie wojennym, w ogóle o tym fenomenie, rybałtowskim „ Z chłopa król”, który pchnął Polskę i rozsławił jej imię w świecie. Też szkoda mi tego kapitału, który topnieje na skutek instrumentalnego traktowania badań naukowych. Instrumentalnego w odbiorze politycznym. Jestem za wolnością badań. Czekam na te naprawdę ważne. Tylko ciekawostkowo mogę traktować informacje, co robił Wałęsa, jak miał lat 14 i więcej. Nie mają żadnego znaczenia. Mogę bez nich żyć, jeśli mają zaburzać pokój w moim kraju.

Tomasz Lis i Bronisław Komorowski wsączają Polakom kłamstwo.

Nikt nie zabraniał historykom w ciągu 20 lat napisać innej, szerokiej, pełnej biografii o dokonaniach Lecha Wałęsy. Dlaczego nie powstały? Tu jest biała plama, której nie odkryję, bo tylko przeczuwam. Obwinianie za to IPN-u za brak tych prac jest politycznym cynizmem.

Wstyd mi, że w TVP , polskiej telewizji publicznej po 20 latach wolnej Polski dziennikarstwo tzw. mainstreamowi spada do takiego dna.

wtorek, 31 marca 2009

SANTO SUBITO!

31.03.2009 - 10:42

Od wczoraj, wedle starych stalinowskich wzorów, wszystkie cyngle (polityczne, medialne i społeczne) spiewają na jedną nutę, choć zwrotki są dwie.

Pierwsza zwrotka, to zwrotka o tym, że Lech Wałęsa ikoną narodową jest, Santo Subito i wszelkie przejawy niechęci do wyznawania kultu powinny być karane wyłaczeniem, jesli jeszcze nie z życia w ogóle, to z zycia publicznego raz i na zawsze.

Na czele kultu, wzorując się na Bieucie, stanął sam premier Rzeczpospolitej ogłaszając, że badania naukowe owszem, ale w tonie, prawda, panegirycznym, bo wtedy bedą obiektywne. Znaczy: wszelkie badania dozwolone pod warunkiem że służyły będa umacnianiu i spoistości świętego wizerunku.

Takiej ochronie faktycznej nie podlegał nawet chyba wciąż ceniony przez Polaków Jan Paweł II, o którym książki niepanegiryczne pisać wolno, a koszulka "Nie płakałem po papiezu" była swojego rodzaju hitem pozwalającym odróżnić kogoś cechującego się odwagą, od wiedzionych zbiorowymi emocjami baranów.

Ochronie historycznej nie podlegają żołnierze Westerplatte, dlatego kręcenie filmów podważających oficjalną hagiografię "Westerplatte broni się jeszcze" witane jest z aprobatą, w kraju i zagranicą, wszak jesli ktoś jest twardy, to są to "psy" z Pasikowskiego, a nie jakieś tam przedwojenne żołnierzyki, które kończyły w Katyniu z kulą w czaszce albo oflagu. Ciamajdy!

"Heroes" mogą być tylko Ci, którzy, prawda, wygrali. A któż nie wygrał bardziej niż Lech Wałęsa? Na tle tych wszystkich nieudaczników?

Przynam się, że sam zmuszony jestem poddać się druzgocącej powadze autorytetu, zwłaszca kiedy pisze on (w odpowiedzi na zawiadomienie o smierci gdańskiego robotnika, opozycjonisty, Kazimierza Szołocha) tak: Nie rozumię czy zmarł Wyszkowski proszę od jaśniej (pisownia oryginalna)

Po czym, po wytrzeźwieniu, na temat zmarłego: "Szołoch przywódcą strajku w 1970 roku to na pewno nie był szukał ze strachu ochrony u Gierka. Nawet w takiej sytuacji: obłuda, fałsz i bezczelna kłamliwa obrzydliwa gra. Szkoda że nie zdążył mnie przeprosić, bo to jego pomówienie i tchórzostwo uruchomiło Bolka"

Kazimierz Szołoch, dodajmy, zanim "uruchomił" Bolka został jego ofiarą; ofiarą jego donosów. Przed smiercią wybaczył:

"Dwa miesiące temu, w nocy, gdy Chrystus stanął u jego wezgłowia, Szołoch usłyszał polecenie: wybaczyć wszystkim wrogom. Jezus powtórzył: "Wszystkim". Wybudzony z bolesnego snu stoczniowiec zawołał najstarszą córkę - Gabrysię. Urywanymi zdaniami wyjaśnił, co zaszło". (za: Gazet Wyborcza)

Przygwożdżony dowodami świętosci Wałęsy postanowiłem się nie opierać i uznac prawo części Polaków do wyznawania kultu Wałęsy. Historia wcale nie musi nadążac za postepem; jak wiemy zdarzają się regresy, jeśli więc ta część moich rodaków chce Wałęsę czcić, niech czci.

Dla wielu z nich pozostanie on zresztą wzorem. Przecież nie kapowali. Jesli kapowali, to nie szkodzili. Jesli szkodzili, to nie wiedzieli i nie brali pieniędzy. Jesli brali pieniadze, to morda w kubeł chamy, bo dzieki nim mamy wolną Polskę.

Jak dla mnie, jeśli w niej coś wolnego, to wbrew nim.

Częścią tej wolności jest wolność słowa, i ta staje im kością w gardle.

Nie dziwi więc druga zwrotka pieśni śpiewanej pełną piersią od dwóch dni. Druga zwrotka opowiada o złowrogich zakusach IPN-u, faszystowskiej proweniencji tej istytucji, jej szkodliwości i konieczności ostatecznego rozwiązania problemu w postaci kasaty.

"Nie wiecie, jak daleko oni doszli!" krzyczała w podnieceniu ikona wielu moich rodaków do Tuska, Niesiołowskiego i Pawlaka zawiązujac już wtedy sojusz, który przyświeca nam jak jasne słońce i dziś. Za daleko. Tak daleko, że gdyby pozwolić im dalej istnieć słońce mogłoby zgasnąć.

Pozdrawiam

środa, 11 marca 2009

Durczok "Złotousty" Kamil - redaktor, klnie niczym szewc, TVN na tropie wycieku i internetowych porali - istne jaja!

O sprawie Durczoka oraz o tym, że można podać do sądu TVN za skiśnięcie śmietany :-)

Klinij tu

czwartek, 5 marca 2009

"Gazeta" z palcem na cynglu


Piotr Semka 04-03-2009, ostatnia aktualizacja 04-03-2009 21:36

"Wyborcza" to kadrowiec mediów III RP. Gdy zauważy kogoś, kogo uznaje za politycznie niepewnego, natychmiast insynuuje mu partyjne powiązania z prawicą

Piotr Semka
autor zdjęcia: Kuba Kamiński
źródło: Fotorzepa
Piotr Semka

skomentuj na blogu

Na polanie w lesie zebrały się zwierzęta. – Dość już tej wzajemnej niesprawiedliwej walki. Proponuję powszechne rozbrojenie. Trzeba ustalić jakieś zasady – oświadczył nosorożec. – Od dzisiaj każdy może mieć jeden róg na nosie – skonkretyzował swoją propozycję.

Tak właśnie wygląda sytuacja z mediami w Polsce. Nosorożec to środowisko "Gazety Wyborczej", które otrzymało swój "róg" w 1989 roku na skutek decyzji Lecha Wałęsy. "Gazeta" doskonale wykorzystała swoją szansę i to jest niewątpliwa zasługa zespołu Adama Michnika. Jednak Krzysztof Skowroński, który został dyrektorem Trójki za rządów PiS, także swoją szansę wykorzystał. Stworzył radio popularne i chwalone za wysoki poziom. "Wyborcza" jednak prawa do dalszego kierowania rozgłośnią mu odmówiła.

Kreator zmian

Dzień po odwołaniu szefa Trójki "Gazeta" swoją informację zatytułowała beznamiętnie: "Odwołali Skowrońskiego". Pismo uwielbiające barwne tytuły, piętnujące pisowskich dziennikarzy tego dnia powstrzymało się od komentarza. I słusznie, bo dziennik z Czerskiej zawsze wolał zmieniać świat, niż się tym chwalić. Po kolejnych akcjach, w których "Gazeta" kogoś zniszczyła, gdzieś w politycznych kuluarach słyszałem często na wpół kokieteryjne, a wpół zakłopotane komentarze dziennikarzy "GW": – A wiesz co Piotrze, teraz to mi też trochę będzie brakować Krzyśka. Choć z drugiej strony sam przyznasz, że z tymi honorariami...

Honoraria? Dziś "Gazeta" pisze głównie na ten temat. Jeszcze trzy miesiące temu czujnie rozliczała Skowrońskiego z innych "zbrodni". 8 grudnia 2008 roku Agnieszka Kublik pisała: "Niemal w każdym porannym przeglądzie prasy Trójki pojawia się "Nasz Dziennik – tuba propagandowa Radia Maryja i ojca Tadeusza Rydzyka, o którego względy zabiega PiS Jarosława Kaczyńskiego".

Teza, że Trójka pod rządami Skowrońskiego była tubą tuby ojca Rydzyka, jest absurdalna, ale właśnie tak "Gazeta Wyborcza" dorabiała Skowrońskiemu gębę. Równie barwny był zarzut "GW", ze Trójka w przeddzień emisji nagrywała wywiad z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w jego biurze. Gdy podobnie zrobiło Radio TOK FM, rozgłośnia należąca do Agory – w stosunku do tegoż samego Jarosława Kaczyńskiego – "Wyborczej" to nie zainteresowało.

Oczywiście nie tylko o Skowrońskiego chodziło. "Wyborcza" doniosła też światu, że nie będą już mieli swoich audycji w publicznym radiu Tomasz Sakiewicz i Rafał Ziemkiewicz, "niekryjący niechęci do "GW", która w ich publicystyce przedstawiana jest jako źródło wszelkiego zła".

Żadne inne medium – z wyjątkiem "Gazety" – nie opisuje z podobnym zapałem i satysfakcją czystek w publicznych mediach. Czas już przyszedł na nazwanie tego fenomenu. Te teksty nie są efektem dziennikarskich emocji, ale dumy kreatora zmian. "Wyborcza" to nie zwykła gazeta – to urząd ochrony mediów.

Kadrowiec III RP

W czasach PRL w instytucjach i przedsiębiorstwach istotnych dla socjalistycznego państwa istniała funkcja kadrowca, którego głównym zadaniem było pilnowanie, aby nie został w nich zatrudniony nikt niepewny, a już, broń Boże, potencjalny wróg polityczny. Tę samą rolę w mediach III RP wypełnia "Wyborcza".

Gdy zauważy w mediach kogoś, kogo uważa za politycznie niepewnego lub za "wrogi element", natychmiast insynuuje mu partyjne powiązania z prawicą. Zaczynają się natarczywe pytania wobec władz mediów, jak długo będą tolerować nieprawomyślną postać. A na koniec następuje spokojne odnotowanie dymisji.

"Gazeta Wyborcza" zazwyczaj oburza się na grzebanie w życiorysach, ale gdy trzeba uzasadnić zwolnienie z radia Wojciecha Reszczyńskiego, to z lubością przypomina, że w czasach PRL był to prezenter reżimowej telewizji. Kiedy trzeba – wyjaskrawia się na siłę poglądy człowieka, którego wzięła na cel, jeśli to okazuje się niemożliwe, cytuje się nieprzychylne mu, zazwyczaj anonimowe opinie.

Tak było w przypadku Patrycji Koteckiej – "Gazeta" nie udowadniała informacji o jej "politycznych naciskach" na pracowników "Wiadomości", ale cytowała anonimowe wypowiedzi. Ciekawe, że plotki o jakichkolwiek naciskach ustały jak nożem uciął po odejściu Koteckiej. W telewizji Rudomino pewnie nikt już nie naciska. A może po prostu zakończono już (sukcesem) akcję "czyścimy TVP"?

Cyngle i prawicowcy

Niedawno w debacie publicznej pojawiło się pojęcie "cyngli "Gazety Wyborczej" – zaufanych ludzi do brudnej roboty, którzy w pewnych sprawach od lat zastępują zwykłych dziennikarzy. To im powierza się zwalczanie "wrogich elementów". W latach 90. celem cyngli byli tzw. pampersi, czyli dziennikarze z telewizji Wiesława Walendziaka. Pamiętam to doskonale, bo sam do nich należałem. Ówczesne artykuły – tak jak dzisiejsze – wytapetowane były anonimowymi opiniami. Gdy oburzaliśmy się tym prostackim chwytem, koledzy z "Gazety" oburzonymi głosami odpowiadali: – Jak można się dziwić, że ludzie boją się mówić pod nazwiskiem? Przecież pampersi są bezwzględni i zniszczą każdego.

Klasycznym tekstem cynglowym z tamtej epoki był atak Anny Bikont na Wojciecha Cejrowskiego zatytułowany "Brunatny kowboj RP" – którego sam tytuł pokazuje, jaką metodą posłużyła się autorka. Jednak najbardziej zasłużoną strażniczką prawomyślności w mediach od lat jest jest Agnieszka Kublik. To ona bezkompromisowo rozliczała Walendziaka z paru programów, które sama uznała za prawicowe.

Niestety, brakowało jej podobnej bezkompromisowości, gdy przeprowadzała liczne rozmowy z lewicowym prezesem TVP Robertem Kwiatkowskim. A niedawno, w trakcie wywiadu z Markiem Jurkiem bez jakichkolwiek podstaw oskarżyła autorkę "Misji specjalnej" Anitę Gargas o to, że chciała w TVP jako pierwsza ogłosić informacje o "dziadku z Wehrmachtu" Donalda Tuska.

Specjalną akcję "Gazeta Wyborcza" poświęciła w 2005 roku Bronisławowi Wildsteinowi przy okazji ujawnienia listy ochrzczonej jego nazwiskiem. Przy tej okazji objawił się nowy cynglowy talent – Wojciech Czuchnowski. Jego histeryczne teksty stworzyły atmosferę, w której ówczesny naczelny "Rzeczpospolitej" Grzegorz Gauden zdecydował się wyrzucić Wildsteina z pracy.

Oczywiście ataki te nigdy nie dotyczyły obejmujących kierownicze stanowiska w TVP w czasach Walendziaka dziennikarzy "GW", takich jak Roman Kurkiewicz czy Artur Domosławski. Ludzie z "GW" bowiem mieli przychodzić na Woronicza wyłącznie z racji swych kompetencji. Dziennikarze z innych mediów często natychmiast ogłaszani byli, prawicowcami, ideologami Porozumienia Centrum i politycznymi komisarzami. Piszę tu o prawicowcach – choć jest to tylko epitet, a nie określenie politycznych poglądów. W "Gazecie" nazywa się w ten sposób wszystkich tych, którzy nie akceptują okrągłostołowej ideologii – wierzących i niewierzących, konserwatywnych i lewicowych – jeżeli tylko zachowywali solidarnościową lub antykomunistyczną wrażliwość.

Dziś, gdy media publiczne są pod opieką panów Piotra Farfała, Tomasza Rudomino, Roberta Wijasa i Wincentego Pipki jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Agnieszkę Kublik przestały interesować polityczne poglądy nowych ludzi telewizji. Znów w mediach publicznych zapanowała "normalizacja".

Konfitury dla pisowców

Krzysztof Skowroński, który nigdy nie pokazywał jakichkolwiek poglądów politycznych, jest dla "Gazety" prawicowcem, bo robił radio za czasów prezesa Krzysztofa Czabańskiego. Magda Jethon z definicji poglądów nie ma, bo mianował ją prezes Robert Wijas, który oczywiście też żadnych poglądów nie ma.

"Odwołanie Krzysztofa Skowrońskiego ze stanowiska szefa radiowej Trójki ucieszyło zwolenników teorii spiskowych" – napisał ironicznie Adam Leszczyński na łamach "GW". – "Los zesłał im dobitny dowód na to, że "Gazeta" rządzi światem, a przynajmniej krajem nad Wisłą. Skowroński został odwołany niedługo po artykule Agnieszki Kublik o wynikach audytu przeprowadzonego w radiu" – wyjaśnia Leszczyński.

To ulubiona poza "niewinnych czarodziejów" z redakcji na Czerskiej. My wpływamy na inne media? To oburzające insynuacje!

Jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z roli, jaką odgrywa "Wyborcza". Pod listem w obronie Krzysztofa Skowrońskiego podpisały się tysiące ludzi niemających wątpliwości, że może on zostać zwolniony, że zamieszczane w "Wyborczej" donosy na szefa Trójki są ostatecznym sygnałem, iż akcja mająca na celu jego odwołanie zmierza ku finałowi. Silniejsze od lęku przed napiętnowaniem przez "Gazetę" było oburzenie, że w imię ideologii dorzynania watahy zarzyna się dobre radio robione przez prawdziwego fachowca.

Także dlatego w obronie Krzysztofa Skowrońskiego w poniedziałek pod budynkiem radiowej Trójki odbyła się manifestacja. O jej uczestnikach i o samym Skowrońskim napisał Paweł Wroński, że to "dziennikarze propisowscy", którzy "dali się skusić władzy" i za to "dostawali konfitury".

Z czymś takim nawet się nie da polemizować. Stanowczo zbyt łatwo przychodzi Wrońskiemu obrażać ludzi i etykietować ich jako pisowców, w dodatku interesownych. Zbyt łatwo uznaje, że ludzie o poglądach innych niż jego, muszą kierować się niskimi pobudkami.

Na szczęście wspomniany powyżej skandaliczny tekst "Honor czy honorarium" to przejaw wściekłości coraz częściej bezsilnej. Dziś już "Gazeta" nie ma takich możliwości wpływania na życie publiczne, jak w latach 90. Są w Polsce media, które pozostają poza orbitą jej wpływów.

Niedawno, gdy Bogdan Rymanowski dostał Grand Pressa Piotr Pacewicz nazwał w "Wyborczej" go "niedziennikarzem roku". Zajadłość redaktora "Gazety" była komentowana jako efekt żalu, że wybrano kogoś spoza gazetowowyborczej bajki – człowieka, który zaczynał telewizyjną karierę w znienawidzonym przez "GW" programie "Puls dnia" z epoki Walendziaka. Jednak atak się nie powiódł. Nie tylko TVN, ale też większość środowiska stanęła murem za Rymanowskim.

Trudno jednak oczekiwać, że "Gazeta Wyborcza" teraz odpuści. W końcu odniosła sukces w akcji przeciw Skowrońskiemu. Agnieszka Kublik z Wojciechem Czuchnowskim mogą robić na swoim biurku kolejne nacięcia. Walka z prawicowym odchyleniem trwa.

współpraca Marcin Rafałowicz i Bartłomiej Radziejewski

Rzeczpospolita