Film

Et vous êtes pour l’avortement ? Envoyer à un ami Envoyer à un ami Lien permanent Envoyer à un ami Envoyer à un ami 104 réactions à “Et vous êtes pour l’avortement ?”

Free Your Mind: Najnowsze informacje

Łukasz Schreiber: Najnowsze informacje

Leszek Czajkowski - Śpiewnik oszołoma

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorytety moralne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorytety moralne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2008

"Halloween Party" na grobie autorytetu?




W dniu, w którym zginął ś.p. Bronisław Geremek, a była to niedziela, jedną z informacji podanych przez media, było to, iż lada dzień dostaniemy na temat tego tragicznego wydarzenia dwie ekspertyzy: pierwsza to wyniki badań biegłych z zakresu ruchu drogowego, druga to medyczne wyniki sekcji zwłok.

Rezultaty owych badań miano nam objawić we wtorek. Minął jednak wtorek i środa i czwartek i następny wtorek i jeszcze następny wtorek, a opinii, jak nie było, tak nie ma, zaś przejęci i dociekliwi jeszcze kilka dni wcześniej dziennikarze jakby o sprawie zapomnieli.

Ten, tyleż nagły, co zaskakująco zgody zwrot akcji wśród żurnalistów, którzy najpierw nie mogli się doczekać na wyjaśnienie przyczyn wypadku swojego guru, a potem nagle o tym zapomnieli, co bardziej złośliwi tłumaczą tym, iż wyniki badań okazały się dla autorytetu moralnego, mówiąc najoględniej, niekorzystne. Ot, na przykład tak niekorzystne, jak te przeprowadzone po tragicznej smierci Jorga Heidera, który pędząc na podwójnym gazie z zawrotną prędkoscią, umarł jako przestępca i pijak, o czym nasze media nie omieszkały wyczerpująco poinformować, nadmieniając przy tej okazji ni z gruchy, ni z pietruchy, że denat był pedziem. Patrzcież państwo jaka różnica w oddawaniu czci zmarłym politykom! Tę różnicę możemy poczuć nie tylko dzięki zastanawiająco zgodnej hipokryzji naszych dziennikarzy, ale przede wszystkim dzięki mediom austriackim, które nie widziały nic zdrożnego w wyczerpującym opisaniu przyczyn wypadku spowodowanego przez Heidera.

W obliczu tej zaskakującej wolty mediów nadwiślańskich, ciekawym staje się pytanie, jak na przykład Gazeta Wyborcza czci pamięć swojego autorytetu. Albowiem podczas gdy cała Polska obchodzi dziś Wszystkich Świętych, dziennikarze z Czerskiej obchodzą Halloween, o czym informują od kilku dni na czołówce swojego portalu. Czy zatem pamięć Bronisława Geremka należy czcić nie - jak robią to Polacy - na cmentarzu, ze zniczami, tylko na promowanej przez Wyborczą w ramach postępowej alternatywy "Halloween Party"?

Bardzo być może, iż redaktorzy z Gazety Wyborczej uświetniają pamięć prof. Geremka nakładając wydrążone dynie na swoje głowy, skoro do takiego spędzania 1-go listopada zachęcają swych czytelników. Zwłaszcza, że w dyni, jak w każdej masce, nie widać rumieńców wstydu, które pojawiają się na nadętych od chuchania na cudze pomniki policzkach w chwilach przesilenia, jak w tą tajemniczą niedzielę śmierci Bronisława Geremka.

czwartek, 29 maja 2008

Sprawa Wałęsy, czyli wojna o władzę nad symbolami


Bronisław Wildstein 28-05-2008, ostatnia aktualizacja 29-05-2008 08:11

Niezależnie od działań Wałęsy i jego obrońców pozostanie on jednym z bohaterów naszej najnowszej historii. Właśnie dlatego mamy prawo poznać jego dzieje – pisze publicysta

Lech Wałęsa
autor zdjęcia: Seweryn Sołtys
źródło: Fotorzepa
Lech Wałęsa

Zorganizowane przez „Gazetę Wyborczą” oświadczenie mające bronić Lecha Wałęsy przed nieopublikowaną książką jest niezwykle pouczające. Przedsięwzięcie to zaprzecza przyświecającym mu podobno celom i stoi w opozycji do zasad, na które powołują się sygnatariusze. W retoryce „walki z nienawiścią” organizowana jest kampania nienawiści, która á priori dezawuować ma historyków badających nasze najnowsze dzieje, a także instytucję, która się tym zajmuje. Oświadczenie jest próbą nałożenia cenzury na historię naszego kraju. I oznacza, że istnieje tylko jedna dopuszczalna jej interpretacja, której strażnikami są „autorytety”. W naszym wypadku „Gazeta Wyborcza” i nominowane przez nią grono.

Dogmaty antydogmatyków

Uderzające, że wyobrażenie to propagowane jest przez środowisko, które na sztandarach wypisany ma radykalny krytycyzm i „antydogmatyczne” myślenie. Wbrew pozorom jednak paradoksalność tej postawy okazuje się normą nie tylko w Polsce. Burzyciele, jak wszyscy, muszą się na czymś opierać. Kwestionując najbardziej oczywiste zasady kultury i zdrowego rozsądku, skazani są, aby w ich miejsce powołać inne, wymyślone przez ideologów.

Naszym współczesnym brązownikom nie chodzi o to, aby nie szargać świętości. Chodzi o to, aby mieć nad nimi kontrolę

Rewolucyjni działacze, którzy kpili ze wszystkich świętości wyznawanych przez otoczenie i swoich rodziców, z nabożną czcią recytowali frazesy Marksa, Lenina, Stalina czy Mao. Dziś nie żyjemy w czasach rewolucyjnych. Ale intelektualno-kulturowy establishment zachodni, ukształtowany na rewolucyjnych sloganach lat 60., specjalizuje się w demaskacji, demitologizacji, demistyfikacji i dekonstrukcji. A na miejsce zdemaskowanych i zdekonstruowanych pewników kulturowych powoływane są nowe.

Tak więc zamiast wypracowanych przez pokolenia kryteriów pojawiają się budowane ad hoc pewniki głoszone przez środowiskowe autorytety, które pełnić zaczynają rolę wyroczni. Im bardziej burzycielskie koncepcje, tym bardziej zależeć muszą od konstruowanych doraźnie tez, których często jedynym uzasadnieniem jest autorytet głoszącego je rzecznika.

Listy autorytetów nie są polskim pomysłem, choć w Polsce rozpleniły się wyjątkowo, a wyłaniająca się spoza nich ideologia ma w naszym kraju szczególnie karykaturalny charakter. „Gdy umiera religia, zaczynają rządzić przesądy” – głosi głęboka maksyma.

Władza nad symbolami

Ideologia III RP budowana była na fundamencie nieufności, a nawet lęku wobec narodu. Zgodnie z przeniesionymi z okresu międzywojennego stołeczno-inteligenckimi stereotypami Polacy to nacja ksenofobiczna, antysemicka, megalomańska i zacofana. W konsekwencji modernizacja naszego kraju musi więc być procesem imitacyjnym, który polegać ma na odrzuceniu polskiej tożsamości i upodobnieniu się do mitycznej Europy.

Dotąd największym wrogiem Wałęsy był on sam. Brnął w niedomówienia i kłamstwa. Prawdopodobnie usiłował niszczyć świadectwa przeszłości. Teraz do jego działań dołączyli inni

Mitycznej, gdyż nieistniejącej realnie, chyba, że na salonach Paryża czy Brukseli. Rzeczywista Europa to wielość rozmaitych identyczności różniących się od siebie narodów, których wspólnotę buduje kultura wyrastająca (jak zawsze) z religii. Tę realną wspólnotę elity europejskie usiłują zastąpić wspólnotą skonstruowaną.

Ideologia III RP wyraża stan świadomości polskich elit (używam tego określenia w sposób opisowy, nie wartościujący) czy inaczej – jak nazywali to bohaterowie afery Rywina – towarzystwa, a jednocześnie jego interes. Przekonanie o swojej nieomal gatunkowej wyższości nad ogółem łączy się z wynikającym z niego przeświadczeniem o naturalnie przynależnej tej grupie władzy oraz przysługujących jej przywilejach. Przypomnijmy sobie rozliczne wystąpienia przedstawicieli owej elity ogłaszającej w sposób mniej lub bardziej zawoalowany, że naród nie dorósł do demokracji, gdyż nie wybiera tych, których wybrać powinien.

Charakterystyczna dla tej postawy była kampania obrony skorumpowanego ordynatora G., którą przez ostatnie lata prowadziła „Gazeta Wyborcza”. „Słynny kardiolog, o rękach cenniejszych niż wirtuoz-pianista, bo ratujący nimi życie, idzie przez główny hol swojego szpitala, ręce ma skute”. Ten sentymentalny obraz pióra zastępcy naczelnego „GW” Piotra Pacewicza opublikowany został w momencie aresztowana doktora.

Oburzenie komentatora wywołuje to, że ktoś należący do klasy wyższej (wirtuoz) potraktowany został jak zwykły obywatel – „Gazeta” nie protestowała jakoś przeciwko normalnej praktyce nakładania kajdanków aresztowanym. Członkowi elity wolno więcej, dlatego gazeta tak czuła wobec upokorzeń Anety K., która dla kariery świadczyła seksualne usługi chamowatym działaczom „Samoobrony”, nie interesowała się podobnymi wymaganiami, z którymi wobec swoich pacjentek występował ordynator G.

Władza ma różne wymiary: najbardziej oczywisty, polityczny, ale także – w dłuższych przebiegach czasowych istotniejszy – symboliczny. Panowanie nad symbolami wyznacza dominację kulturową, co oznacza kontrolę świadomości zbiorowej i w dłuższej perspektywie musi przekładać się na władzę dosłowną. „Kto panuje nad przeszłością, panuje nad przyszłością” – precyzował Orwell. Zakwestionowanie tradycji narodowej to ustawienie się w pozycji arbitra rozsądzającego o podstawowych dla zbiorowości kwestiach.

Fabryka autorytetów

W momencie upadku PRL dominujące elity opozycyjne zadekretowały, że zagrożeniem dla Polski nie są pozostałości komunizmu i jego pogrobowcy, ale budzące się upiory nacjonalizmu i państwa wyznaniowego. Nacjonalizm ów krzewić się miał na pożywce narodowej megalomanii. Dlatego, przyjmowali rewizjoniści, historia Polski miała zostać poddana zasadniczej demitologizującej ją obróbce. Skrajnym przejawem takich działań był tekst ogłoszony w „Wyborczej” w 50. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego, który opisywał zabijanie Żydów przez powstańców.

Incydentalna zbrodnia potraktowana została jako istotny element pamięci o najważniejszym (i najbardziej bohaterskim) dla Polaków wydarzeniu II wojny światowej. Patriotyzm stał się podejrzany. Zorganizowana przez Dariusza Karłowicza akcja „Bohaterowie naszej wolności”, która pokazywała na billboardach zapomnianych kombatantów i zadawała fundamentalne pytanie na temat poświęcenia dla wspólnoty, została zaatakowana w najbardziej wpływowych mediach w naszym kraju. Nawet budowa Muzeum Powstania Warszawskiego wzbudziła opór w znaczących środowiskach opiniotwórczych. Wobec Polaków uprawiana jest bowiem swoista pedagogika wstydu. Fakt, że na kompleksie winy trudno budować cokolwiek, mało demitologizatorów obchodził. Ważne było, że ułatwiał on kierowanie zbiorowością. Pedagogika potrzebuje pedagogów. Drugą więc stroną kwestionowania wszelkich wielkości było kreowanie doraźnych nauczycieli. Fabryką autorytetów była „Wyborcza”, która zarówno powoływała je na poczekaniu, jak i potrafiła strącać w niebyt. Biskup Życiński przestał być autorytetem, kiedy zaprotestował przeciwko relatywizacji przeszłości, a stał się nim na powrót, gdy zaatakował lustrację. Władysław Bartoszewski stał się autorytetem, gdy potępił PiS, itp. Na początku lat 90. dla salonu autorytetem stał się wyjątkowo obrzydliwy donosiciel i mierny pisarz Andrzej Szczypiorski, a wielki i niezłomny poeta Zbigniew Herbert stał się obiektem ostracyzmu.

W efekcie mieliśmy do czynienia z sytuacją niezwykłą. Za wszelką cenę należało szukać rysów na pomnikach nawet największych bohaterów narodowych, takich jak Piłsudski czy przywódcy Polski podziemnej, a krytyka Tadeusza Mazowieckiego czy Bronisława Geremka okazywała się obrazą stanu. Stawało się jasne, że „szarganiu świętości” narodowych towarzyszyć musi lepienie bałwanów salonowych liderów.

Kontrola nad przeszłością

Bezprecedensowym pomysłem na napisanie najnowszej historii Polski był manifest, który w 1995 roku ukazał się w „Wyborczej”, a podpisany został przez jej szefa Adama Michnika i wicemarszałka Sejmu z nadania SLD, wkrótce premiera, Włodzimierza Cimoszewicza. Nosił on tytuł: „O prawdę i pojednanie”. W dominującej w tamtych czasach retoryce mówił o „racjach podzielonych i potrzebie pojednania”, z czego wynikało, że postawa opozycji wobec PRL i jego obrona są równoważne, i apelował, aby powołać zespół „osób zaufania publicznego”, który napisałby kanoniczną wersję polskiej historii najnowszej. Mieli to być ludzie „z różnych stron polskiej barykady”.

W manifeście tym zawarty został jednoznaczny projekt narzucenia Polakom obowiązującej wersji historii nadzorowanej przez zespół strażników będących „osobami zaufania publicznego z obu stron barykady”. Był to jednoznacznie sformułowany postulat oligarchicznego zarządzania pamięcią polską. Władzę tę uzyskać miało środowisko złożone z postkomunistów i, umownie rzecz biorąc, stronnictwa „Wyborczej”. Gdyż inne środowiska, niezgadzające się z dogmatem „racji podzielonych” wobec PRL, z debaty ex definitione miały zostać wykluczone. Odmowa lustracji ma kilka źródeł. Obok oczywistej obawy przed tym, aby prawda wypływająca z archiwów nie wstrząsnęła oficjalnie obowiązującymi hierarchiami, jest nim również chęć kontrolowania przeszłości, a więc ograniczenia dostępu do niej. Wiedza, która wymknęłaby się spod kontroli autorytetów, zakwestionowałaby ich monopol na interpretację dziejów najnowszych i mogłaby zaprzeczyć jedynej oficjalnej wykładni historii. Dlatego IPN, który nie znajdował się pod kontrolą dominującego środowiska III RP, od początku wywoływał agresję i permanentny atak.

Groźbą i insynuacją

„Trudno pojąć intencje instytucji i ludzi, którzy podejmują obecnie kampanię oskarżeń i zniesławień wobec Lecha Wałęsy”. Natomiast dość łatwo pojąć intencje twórców tego tekstu. Nikt nie podejmuje obecnie kampanii, o której w „Oświadczeniu” mowa. Wiadomo jedynie, że powstaje książka o Wałęsie autorstwa dwóch pracujących w IPN historyków. Trudno oczekiwać, aby nie odnieśli się oni do ewentualnego agenturalnego epizodu w jego biografii.

Wałęsa rozpoczął już kampanię zastraszania autorów i zatrudniającej ich instytucji. Autorzy listu dołączyli do niej. Wyraźnie mierzą oni dalej niż w autorów książki. Obiektem ich ataku jest IPN. Pracę o Wałęsie chcą wykorzystać do rozprawienia się z nienawistną sobie, bo niezależną, instytucją. „Wobec ofiary ubeckich prześladowań ci policjanci pamięci stosują pełne nienawiści metody tamtych czasów. Gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne. Szkodzą Polsce”. Szokująca jest nie tylko poetyka jakby żywcem wyniesiona z PRL-owskiej propagandy. Charakterystyczne jest typowe dla salonu III RP odwrócenie wartości.

Ci, którzy chcą zablokować nieznane sobie, a więc potencjalnie groźne, dzieło, czyli występują w roli „policjantów pamięci”, zarzucają to wykonującym swój zawód historykom. Oskarżają o „gwałt na prawdzie” i „łamanie zasad etycznych”, nie znając oskarżanej pracy. Posługują się więc groźbą i insynuacją. Stosując tę metodę i usiłując zbudować system prewencyjnej cenzury wobec badania historii, szkodzą Polsce i Wałęsie.

Groteskowa i niebezpieczna jest ich teza, że ujawnienie działalności agentury w szeregach antykomunistycznej opozycji i „Solidarności” doprowadzi do zdezawuowania i kompromitacji tego wielkiego ruchu. Wyobrażenie, że totalitarne państwo nie próbowało przenikać w szeregi opozycji albo że nie odnosiło w tym działaniu jakichś sukcesów, jest niepoważne. Nie tylko nie sposób go utrzymać, ale także próby obrony go rodzą aurę podejrzeń i niedomówień.

Wielkość ruchu „Solidarności” polega na tym, że mimo uruchomienia przeciw niemu całej aparatury totalitarnego państwa potrafił zwyciężyć. W jego historii zdarzały się akty słabości i zdrady, ale cały jest on niezwykłym świadectwem narodowego heroizmu. Naszym współczesnym brązownikom nie chodzi jednak o to, aby nie szargać świętości. Chodzi o to, aby mieć nad nimi kontrolę.

Wałęsa: bohater historii

Można było dotąd uznawać, że największym wrogiem Wałęsy był on sam. Nie chcąc się przyznać do epizodu ze swojego życia, brnął w niedomówienia i kłamstwa i najprawdopodobniej łamał prawo, usiłując zniszczyć świadectwa przeszłości. Do jego działań dołączyli dziś inni. Trudno uznać, że kieruje nimi wyłącznie „kult” Wałęsy. Podczas „wojny na górze” wylewali oni na niego często zupełnie niezasłużenie kubły pomyj. Dziś jednak jest on dla nich wygodny jako pretekst do nałożenia embarga na udostępnienie społeczeństwu wiedzy o jego najnowszych dziejach.

Niezależnie od działań Wałęsy i jego „obrońców” pozostanie on jednym z bohaterów naszej najnowszej historii. Jak wielu z nich ma swoje okresy mniej i bardziej chwalebne. Jego dzieje splatają się nierozerwalnie z najnowszą historią naszego kraju i dlatego mamy prawo je poznać.

Źródło : Rzeczpospolita

piątek, 4 stycznia 2008

BESTIE MARKA EDELMANA


Nie wierzę w autorytety. W szczególności, te nakazane odgórną dyrektywą michnikowskiego „salonu", owych intelektualnych bandytów, którzy w imię „terroru tolerancji" nakazują jednych kochać i słuchać, innymi gardzić i o nich zapomnieć.

Uznaję kogoś za autorytet w dziedzinie fizyki jądrowej, budowy okrętów, medycyny czy kładzeniu boazerii. Uznaję, że osoby takie znają się lepiej ode mnie na tych dziedzinach i mówią mi o nich prawdę.

Nie istnieją natomiast żadne autorytety powszechne, to jest ludzie, którzy będą znawcami we wszystkich dziedzinach życia. Profesor biologii może być moim autorytetem w tej i tylko w tej dziedzinie - nigdy natomiast nie będzie dla mnie autorytetem w dziedzinie moralności, etyki czy polityki.

Michnikowski „salon" stworzył typ autorytetu uniwersalnego, nieistniejącego w rzeczywistości i niemożliwego do przyjęcia , bez obrazy elementarnej logiki i zasad ludzkiego poznania. To jeden z najpoważniejszych zabobonów „politycznej poprawności" i terrorystyczny zamach na normalność.

„Salon" i „autorytety" mają się jednak dobrze, znajdując w świecie lewicowej dewiacji całe zastępy wiernych czcicieli.

Jedną ze sztandarowych postaci „salonu", autorytetem czystej próby jest Marek Edelman - (jak dodaje się zawsze) - ostatni żyjący przywódca powstania w warszawskim getcie. Członek Partii Demokratycznej. Lekarz - być może lekarz dobry.

Marek Edelman ma tę pożądaną przez „salon" cechę, że zabiera głos we wszystkich sprawach dzisiejszego świata i wyraża opinie na każdy, dowolnie dobrany temat. Polityka, ekonomia, moralność, filozofia, socjologia - żadna z tych dziedzin nie jest Edelmanowi obca, a w każdej ma wiele do powiedzenia. Z racji swojego wieku i wojennych przeżyć, Edelman pretenduje w „salonie" do roli mędrca, znawcy ludzkich dusz i losów.

I niech by nadal „salon" hołubił swojego mędrca, a rzesze czcicieli oddawały mu należny kult - nic mi do tego.

Jednak zupełnym przypadkiem natknąłem się w Internecie na witrynę tygodnika „Przegląd", a w nim na wywiad z Markiem Edelmanem.

Choć bywam mocno uodporniony, na wszechobecne fale lewicowych kłamstw, namaszczonych bzdur i pseudointelektualnego bełkotu to przyznam, że tym razem lektura wywiadu podniosła mi wydatnie poziom adrenaliny.

Moim pierwotnym zamiarem, była polemika z twierdzeniami Edelmana, co stanowiłoby zadanie nader łatwe, a nawet pożyteczne. Doszedłem jednak do wniosku, że mój wirtualny „oponent" sam może przedstawić swoje opinie, a rozumny czytelnik potrafi je ocenić. Chcąc zachęcić do lektury tego wywiadu, zamieszczam kilka szczególnie urokliwych twierdzeń Marka Edelmana:

(O strefie Schengen) - Przez całe lata, właściwie od 1919 r., kiedy Polska odzyskała niepodległość, nie można było swobodnie jeździć, gdzie się chce.

(O Kościele) - To, że zwalczał komunizm, brało się tylko z tego, że chciał się utrzymać, mieć poparcie antykomunistycznie nastawionego społeczeństwa. Gdyby społeczeństwo lubiło władzę komunistyczną, Kościół też by lubił. Jednocześnie Wyszyński, wiedząc, że społeczeństwo jest nastawione opozycyjnie, dążył do tego, żeby jakoś z władzą się porozumieć, bo bez władzy Kościół nie mógł istnieć.

- w gruncie rzeczy Kościół zawsze był w Polsce reakcyjny. Niech pan zwróci uwagę, że przed wojną w każdą niedzielę z kościoła na placu Teatralnym wychodziły na Nowy Świat watahy pod sztandarami falangi. Jesteśmy nie tak bardzo daleko od II wojny światowej.

( O PIS-e) - Przez dwa lata społeczeństwo żyło w takiej strasznej demoralizacji.

- poprzedniej władzy nie było w Europie, a Polska jest jedna. Władza PiS była zaściankowa i szowinistyczna, demoralizowała ludzi, a że przy okazji robiła takie czy inne gesty - to nie ma znaczenia.

- Kaczyński to jest typ, który mówi: ja jestem ten najlepszy, a wszyscy inni to złodzieje, komuniści, a lekarze to mordercy etc.

( O antysemityzmie) - Antysemityzm istnieje. Wystarczy przejść się ulicą w Łodzi i poczytać napisy na murach. Przecież nikt nie stoi z batem i nie każe tym chłopcom tego pisać.

- Antysemityzm kryje się w języku, w myśleniu, a w końcu w mentalności. Nie zniknął. Zresztą to nie jest tylko polska specjalność, choć akurat u nas odbywały się grupowe zbrodnie.

Można powiedzieć, że Marek Edelman wyraża poglądy reprezentatywne dla swojego środowiska i nie odróżnia się znacząco od innych „autorytetów", namaszczonych przez „salon". Zapewne i w tym Salonie znajdzie swoich piewców i zagorzałych obrońców.

Jednak Marek Edelman powiedział rzecz na tyle istotną, by z pełną odpowiedzialnością za słowo, odmówić mu prawa do nazywania się człowiekiem mądrym. Rzecz niebezpieczną i fałszywą, a ponieważ jest człowiekiem, którego słuchają ludzie młodzi, również rzecz szkodliwą .

- natura człowieka jest podła, jest z gruntu zła. Człowiek jest złą bestią. - odpowiedział Edelman na pytanie o naturę człowieka.

http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=278

Rozumiem, że dla Marka Edelmana, przeżycia czasu wojny, holokaust i powstanie w getcie były doświadczeniem największego zła, jakie człowiek mógł zgotować człowiekowi. Zła realnego, dotkniętego własną ręką. Ale życie Edelmana nie skończyło się na czasie wojny. Do dziś jest człowiekiem aktywnym zawodowo i politycznie. Poucza, krytykuje, ocenia. Ma do tego prawo. Jeżeli czyni to z pozycji tak zakreślonego sądu o naturze człowieka, twierdzę, że na temat prawdziwej kondycji człowieka Marek Edelman nie wie nic.

Nie opuścił, bowiem czasów wojny, nie wyszedł z warszawskiego getta, żyje w świecie, zapełnionym obrazami śmierci, cierpienia i zła. W świecie, w którym nie istnieje dobro, a jeśli już się pojawia, to tylko jako brak zła. Edelman MUSI nienawidzić człowieka, musi bać się jego podłej, bestialskiej natury. Jego człowiek - to hitlerowski żołdak, przebijający bagnetem żydowskie dziecko. Wtedy i dziś.

Ta z gruntu ontologicznie fałszywa teza o naturze człowieka, wypowiedziana w kontekście rzekomo katolickiego charakteru polskiego antysemityzmu budzi mój głęboki sprzeciw. Nawet nie próbuję go uzasadnić. Jest oczywisty.

Żadna z religii, żaden ze spójnych, syntetycznych systemów filozoficznych nie proponuje takiej wizji człowieka, jaką wyznaje Marek Edelman. Determinując złem naturę człowieka, nie można go zrozumieć, poznać, pokochać. Można go jedynie nienawidzić. A to za mało, być rościć sobie pretensje bycia autorytetem i mędrcem. Antropologia Edelmana jest zaprzeczeniem człowieczeństwa. Stanowi wielkie, potworne kłamstwo o człowieku.

Muniek chwali sytuacje po 21.10.2007 w PL

Ale warto przeczytać komentarze. Jeszcze nie cenzurowane przez Onet.




00:51/00:51 Zatrzymanie