|
| |
Wizja Orwella bardzo szybko sprawdziła się w Związku Radzieckim. Kiedy po śmierci Stalina zamordowany został również Wawrzyniec Beria, abonenci Wielkiej Encyklopedii ZSRR dostali przesyłkę, w której była nowa strona encyklopedii z hasłami na literę „B”. Instrukcja zalecała wycięcie z encyklopedii dotychczasowej strony i wklejenie tej nowej. Znawcy Związku Radzieckiego twierdzili, że w ZSRR wszyscy tak właśnie zrobią.
Krótko mówiąc, określenie „polityka historyczna” jest elegancką nazwą zwykłego fałszowania historii. Znakomita ilustracją tego procesu była 40 rocznica tak zwanych „wydarzeń marcowych” z roku 1968. Wprawdzie żyją jeszcze uczestnicy tych wydarzeń, ale animatorzy „polityki historycznej”, jak zwykle wiedzą lepiej. Początki tego fałszowania historii objawiły się już 20 lat temu, w roku 1988. W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się wówczas artykuł pióra Andrzeja Drawicza, który twierdził, że rzucone w 1968 roku przez partię antyżydowskie hasła znalazły żywy rezonans we wszystkich środowiskach w Polsce.
Napisałem wówczas do redakcji „Tygodnika Powszechnego” artykuł polemiczny, w którym przypominałem, że po „wojnie sześciodniowej” na Bliskim Wschodzie, w Polsce, a zwłaszcza w środowisku studenckim, powszechne było uczucie Schadenfreude, a więc rodzaj mściwej satysfakcji, że ktoś wreszcie Sowietom skopał tyłek - a więc uczucia akurat przeciwne przedstawianym przez Andrzeja Drawicza. Jeśli zaś idzie o stosunek do Żydów, to ilustrowałem go przykładem mego kolegi z III roku Wydziału Prawa w Lublinie, Zygfryda C, który – z uwagi na swego ojca, pułkownika w wojsku – jako jedyny nie zdał egzaminu ze szkolenia wojskowego. To zresztą było całe jego „męczeństwo”, bo w poprawce egzamin zaliczył, ale wbrew sugestiom Andrzeja Drawicza, żaden z kolegów-studentów mu nie dokuczał. Przeciwnie – współczuliśmy mu, doskonale wiedząc, że padł ofiarą niechęci oficerów do jego ojca, który chyba rzeczywiście nie był lubiany. Redakcja „Tygodnika Powszechnego” odrzuciła moją polemikę, jako głęboko niesłuszną. Przekonałem się wówczas, że Ministerstwo Prawdy już rozpoczęło pracę. Warto w tym kontekście dodać, że Andrzej Drawicz już w 1968 roku był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.
Wspominam o tym wszystkim również w kontekście zakończonej właśnie wizyty premiera Donalda Tuska w Stanach Zjednoczonych. Jak wiadomo, premier Tusk jeszcze przed wyjazdem odgrażał się obsztorcuje prezydenta Busha, żeby sobie nie myślał. Z komunikatów ogłoszonych po spotkaniu nie wynikało jednak jasno, co konkretnie premier Tusk w Ameryce załatwił. Być może, że nie załatwił niczego, ale właśnie dlatego wizytę tę może potraktować jako sukces. Tak zresztą ocenia ją również prasa niemiecka, która wprost nie może się premiera Tuska nachwalić.
Co to znaczy? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, czy premier Tusk pojechał do Waszyngtonu, żeby naprawdę załatwić dla Polski jakieś korzyści i twardo o nich negocjować – czy pojechał, żeby dać Amerykanom do zrozumienia, że Polska tak naprawdę żadnej dwustronnej współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi sobie nie życzy.
Za tą drugą możliwością przemawiają dwie okoliczności. Po pierwsze – że premier Tusk niczego konkretnego nie załatwił, to znaczy – że administracja prezydenta Busha nie podjęła wobec Polski żadnych zobowiązań. Po drugie – że niemiecka prasa tak premiera Tuska chwali. Z punktu widzenia niemieckiego bowiem nie ma żadnej potrzeby modernizacji polskiej armii, zwłaszcza w przededniu przyłączenia Polski do Eurosojuza. Przeciwnie – wydaje się, że obydwaj strategiczni partnerzy, to znaczy Niemcy i Rosja, niezmiennie stoją na gruncie traktatu zawartego przez obydwa państwa w roku 1720 w Poczdamie, gdzie zobowiązały się do wspólnego blokowania wszelkich prób powiększenia polskiej armii. Ponieważ premier Donald Tusk jest wybitnym reprezentantem, a może nawet przywódcą stronnictwa pruskiego na polskiej scenie politycznej, rezultaty jego wizyty w Stanach Zjednoczonych dają podstawy do niepokoju.
Tym bardziej niepokój ten jest uzasadniony, że premier Tusk spotkał się następnego dnia z 15 przedstawicielami lobby żydowskiego w Nowym Jorku. Przedmiotem rozmowy były oczywiście „odszkodowania” za mienie – uwaga uwaga! – przejęte przez „władze komunistyczne”! No proszę! To już nie przez Niemców, ani nawet – przez „nazistów”, tylko – przez „władze komunistyczne”, czyli per saldo – przez Polskę. Trudno znaleźć lepszą ilustrację postępów delikatnego procesu zdejmowania z Niemiec odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej i przerzucania jej na Polskę. Przyjęcie takiej formuły utwierdza nas w podejrzeniach, ze premier Donald Tusk nie kieruje się polskim interesem państwowym – tylko interesem niemieckim i może jeszcze jakimś innym. Jakimś innym – bo przecież znaczna, a może nawet przeważająca część społeczności żydowskiej w przedwojennej Polsce mieszkała i była właścicielami nieruchomości na Kresach Wschodnich, a więc na terenach, które na mocy porozumień w Teheranie i Jałcie od Polski odpadły. Ale kiedy przychodzi do odszkodowań, to okazuje się, ze odpowiedzialna jest tylko Polska?
Gwoli ścisłości trzeba dodać, że kilka dni wcześniej bawiła w Nowym Jorku w tej samej sprawie delegacja przedstawicieli prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czyżby prezydent Kaczyński licytował się z premierem Tuskiem – kto da więcej? Oto mamy dowód, że „polityka historyczna” nie jest celem samym w sobie, tylko przekłada się z jednej strony na korzyści płynące z frymarczenia własnym państwem, a z drugiej – na korzyści materialne i prestiżowe.
W tym kontekście nie można pominąć postaci dla „polityki historycznej” szalenie reprezentatywnej. Mówię oczywiście o „profesorze” Władysławie Bartoszewskim, który niedawno obchodził 86 urodziny. Bodajże po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie dostał z tej okazji żadnej nagrody, co nawet skwitował pełnym goryczy spostrzeżeniem, że wprawdzie warto być przyzwoitym, ale rzadko się to opłaca. Najwyraźniej Niemcy musieli zrozumieć aluzję, bo podczas ostatniego pobytu Władysława Bartoszewskiego w Berlinie, wręczyli mu nagrodę. Władysław Bartowszewski naradzał się tam z Niemcami i Żydami, w jaki sposób indoktrynować by tu Polaków o holokauście. Krótko mówiąc, zastanawiano się tam nad najskuteczniejszymi metodami aplikowania nam przygotowanej przez Niemców do spółki z Żydami „polityki historycznej”. W nagrodę za te i inne zasługi miasto Kassel obdarzyło „profesora” Władysława Bartoszewskiego dziwnie nazwana nagrodą „Szkło rozumu”. Żeby tylko Władysław Bartoszewski nie skaleczył sobie rozumu tym szkłem.
Stanisław Michalkiewicz
