Takie słowa (bez nawiasu oczywiście) znalazła zapisane na kartce zaczętego rękopisu córka Henryka Sienkiewicza gdy ten, zniechęcony dobiegającym zza okna hałasem dziecięcych zabaw, porzucił rozpoczętą właśnie pracę.
Cóż, czasy się zmieniają a z nimi rośnie nasza odporność i tolerancja na wszelkie dotykające nas niedogodności. Komu by dziś do głowy przyszło oburzać się na baraszkujące niewinne dzieci? My mamy zdecydowanie więcej poważniejszych powodów by nieustannie wypisywać podobne maksymy na marginesach.
Przygnębiające szczególnie są te teksty, w których najróżniejsze patologie tego świata ilustrują osobiste doświadczenia autorów. Przygnębiające bo odrzucające komfortową możliwość wzięcia wszystkiego za prostą lub finezyjną licentia poetica piszącego. A przecież chcielibyśmy dostrzegać, że to co nas otacza idzie ku lepszemu. Tyle, że jakoś nie widzimy.
Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność odbyć podróż pociągiem kolei polskich ( nie pisze jakich bo tyle ich teraz a każde cudaczniej nazwane. Takie choćby Tanie Linie Kolejowe na ten przykład co wysokimi cenami biletów porażają nawet najbardziej odpornych). A nie raz już przekonałem się że każda taka eskapada musi przerodzić się w podróż Odysa do Itaki. Nie z powodu długości choć pewnie w przeliczeniu na odległości to on i tak podróżował szybciej, lecz przygód niebezpiecznych czyhających co krok na nieświadomych podróżnych.
Jechałem tedy w wagonie drugiej klasy pełnej pijanej młodzieży jadącej skądś dokądś. Oprócz niej i mnie było jeszcze kilka osób w miarę normalnych a wśród nich Polak z Ukrainy. Wiózł on ze sobą rower pozostawiony na czas podróży w końcu wagonu by nikomu nie przeszkadzał. Gdzieś w Polsce (nie wiem gdzie bo pociąg przeciął znaczną połać naszego kraju) w środku nocy wyszedłem na korytarz by rozprostować nogi. Przy pełnej obsadzie przedziału i długości podróży to koniczne. W trakcie owego prostowania minęło mnie dwóch młodzieńców uzbrojonych w puszki piwa, podążających w stronę toalety. Za chwilę widziałem ich mocujących się z rowerem bo, jak sądziłem, mógł im drogę do ulżenia naturze zagradzać. Nad ranem okazało się, że moje przypuszczenia były błędne. Gdy znów, kilka godzin później, wyszedłem na korytarz spotkałem owego Polaka z Ukrainy podążającego gdzieśtam w towarzystwie konduktora. Konwersowali na temat ukradzionego roweru którego śladu nie znaleźli mimo przeszukania całego pociągu. Przypomniałem sobie wówczas że niedługo po owym siłowaniu się młodzieńców z nie swoją własnością poszedłem ich śladami i… roweru już tam nie było. Pojąłem, że bicykl ów, zetknąwszy się z kwiatem naszej młodzieży dostał skrzydeł i wyfrunął ochoczo z wagonu. Tedy gdy usłyszałem, jak zapytani przez konduktora w sprawie rzeczeni młodzieńcy zapewnili, że nic nie wiedzą zagotowało się we mnie i postanowiłem dyskretnie sprawę załatwić. Poszedłem do ich przedziału i powiedziałem że trzeba wyskakiwać z kasy bo człowiek poniósł stratę. Popatrzyli na mnie nie rozumiejąc i zapytali o co się rozchodzi? Wyjaśniłem, że o ten rower co go wyrzucili. Zaznaczyłem ze wszystko widziałem na co jeden powoli zaczął się podnosić. Jako argumentu ostatecznego użyłem groźby zawiadomienia policji. Ryknęli śmiechem zdrowym i szczerym. Po czym zapytali czy nie mam przypadkiem ochoty osobiście przekonać się gdzie jest ten rower. Na takie dictum odechciało mi się dalszych negocjacji a w duchu kląłem moją spostrzegawczość i dar pojawiania się w niewłaściwych miejscach akurat wówczas gdy należało ich szczególnie unikać. Oczywiście nie zrobiłem nic. Nawet nie powiedziałem właścicielowi o losach jego własności chcąc mu oszczędzić nieoczekiwanej lekcji latania.
Ale nie tylko ja miałem takie „szczęście”. Od informacji na temat ekscesów młodzieży co dzień pęka w szwach regionalna prasa.
Tczew. Udaremniona walka młodych pseudokibicek
Gryfice: 11-letni uczniowie upili się wódką
Biją, gwałcą, obrażają - ta nasza młodzież
To tytuły z jednego tygodnia i z jednej tylko gazety. Ostatni z tekstów jest swoistym kondensatem wszystkiego, do czego są dzisiaj zdolne dzieci.
„Zaciągnęły ją do toalety. Rzuciły na kolana, próbowały wcisnąć głowę do sedesu. […] Jedna z nich złapała dziewczynę za włosy. Uderzała głową o deskę sedesową tak, że Kaśce wypadło osiem zębów. Kaśka miała 15 lat.”
W tym samym tekście znaleźć można smutną statystykę
„Tylko w szkołach […](w pierwszym półroczu 2008 roku w porównaniu z pierwszymi sześcioma miesiącami roku 2007:
- o 23,5 procent wzrosła liczba czynów karalnych w kategoriach przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu;
- o 29,6 procent wzrósł udział uczniów, którzy nie ukończyli 17 lat, w bójkach i pobiciach;
- o 18,5 procent wzrosła liczba czynów karalnych w kategorii przestępstw pod hasłem "uszczerbek na zdrowiu”
- o 17,3 procent więcej jest zdarzeń, które mieszczą się w kategorii "przeciwko wolności” *
W gazetach ogólnopolskich temat ten pojawia się gdy stężenie grozy lub absurdu zaczyna przekraczać jakiekolwiek wyobrażenia.
„Jak twierdzi Katarzyna Plewa, nauczycielka fizyki, 16-letni gimnazjalista wszedł do sali i nazwał ją "suką" i "k...". Potem podszedł do jej krzesła i je kopnął. Na koniec rzucał po klasie zapalonymi zapałkami.”**
Opisany wypadek to przykład tego jak bardzo bezradni jesteśmy wobec coraz bardziej rozbestwionej dziatwy. Stojący przy tym w całkowitej sprzeczności do wymądrzających się pedagogicznych i psychologicznych autorytetów, które zarzucają nas swymi teoretycznymi rozważaniami o tym jak powinno się radzić sobie w takich sytuacjach. Oczywiście sądy i inne represje w grę nie wchodzą! Do młodzieży wystarczy bowiem podejść w odpowiedni sposób. Jednak w swojej dość długiej nauczycielskiej karierze jakoś nie zauważyłem, by owe mądre i proste recepty wspomniani koryfeusze skutecznego wychowania chcieli wcielać osobiście w życie. By podejmowali jakiś trud na wzór dawnych „siłaczek” krążąc od szkoły do szkoły i rozwiązując problem za problemem. By wydeptywali ścieżki do gabinetów wójtów, burmistrzów i innych przedstawicieli lokalnej władzy oferując pomoc w coraz bardziej skomplikowanej sytuacji. Z reguły uaktywniali się wyłącznie w mediach gdy jakieś dziecko zaszczute przez rówieśników- troglodytów kończyło na własnej skakance, gdy dla nowego telefonu lub choćby dla zasady dwunastolatka zatłukła dziesięciolatkę. I zaczynali tokować o tym jak należy owych zwyrodnialców otaczać opieką i jak im wynagradzać przeżytą traumę.
Dzieje się tak od lat. Rosną szeregi owych przemądrych autorytetów i rośnie też niestety skala patologii wśród młodzieży. Nikt jakoś nie bada poziomu strach spokojnych i porządnych dzieci w przeciętnej szkole, bezradności ich rodziców wobec przemocy. A przecież mają prawo domagać się a nawet żądać dla swoich dzieci najlepszych warunków i państwo ma obowiązek takie bezpieczeństwo im zapewnić. Ale nie zrobi tego. Z wielu powodów wśród których jest i niechęć do prowokowania owego samozwańczego, wyszczekanego i ustosunkowanego w „towarzystwie” „vox populi”. Tak, jak bezbronne jest wobec tego, co dzieje się wśród dzieci i młodzież, tak bezradne jest wobec tokowania zgrai durniów z uniwersyteckimi dyplomami.
Pamiętam swoje boje z moimi kolegami pedagogami, zajętymi głownie kompensowaniem szkolnym bandytom deficytów ciepła, o to by uczeń zdolny i chętny do nauki nie był w szkole traktowany jak piąte koło u wozu. Bez powodzenia. Tacy musieli przemykać się wśród kpin i przeskakiwać nad podstawianymi nogami bo nikogo to nie obchodziło. Bo szkoła wyrównuje szanse, aktywizuje, dożywia, zaspokaja przeróżne potrzeby i tym podobne. Jak taki państwowy James Bond- spec od wszystkich niemożliwych spraw. A powinna przede wszystkim uczyć. A jak się komu to nie podoba to wypad!
Zaraz pewnie znajdzie się jakiś mądrala który zwróci mi uwagę, że nie tędy droga. A ja wówczas zapytam go czemu w takim razie wskaźniki dotyczące wspomnianych wyżej zjawisk patologicznych w szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie zwyrodnialca wywala się na zbity pysk, są znacznie mniejsze ni ż w gimnazjach i podstawówkach?
Przytoczony przeze mnie wyrok sądu to jedna z nielicznych pozostałości po wykpiwanym lub określanym mocnymi słowy urzędowaniu Ministra Edukacji Romana Giertycha. Przyszedł on do resortu bez teoretycznego garbu i na szkołę patrzył z perspektywy najistotniejszego w systemie edukacji podmiotu- rodzica oddającego państwu dziecko w celu nauki.*** I jak mało kto potrafił na to, co dzieje się w szkołach popatrzeć trzeźwo. Bez obawy słuchania paraliżującego poprzedników, oświatowych teoretyków lub praktyków, zarzutu że ponosi pedagogiczne porażki. Bo on wiedział, że większą porażką niż wezwanie policji przeciwko nastolatkowi- bandycie jest dopuszczenie by ten bandyta krzywdził inne dzieci. Ta prosta prawda, jakoś od lat nie potrafi zagościć we łbach kolejnych pokoleń wytworów uniwersyteckich kierunków pedagogicznych majaczących bez ustanku „dobro dziecka, dobro dziecka, dobro dziecka” niczym jaką mantrę co magicznie naprawi nam wszystkie problemy szkolnictwa. A ja, czytając kolejne doniesienia podobne przytoczonym powtarzam: Giertych to był wielki minister!
* http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20081115/REGION/388459668
** http://wyborcza.pl/1,75248,5958624,Proces_za_wyzywanie_nauczycielki.html
*** wbrew powszechnemu przekonaniu to nie dziecko (ono raczej w tym systemie jest „przedmiotem obróbki”- jak brylant dany do oszlifowania) a rodzic który wie, czego od szkoły oczekuje, jest dla szkoły partnerem!
