Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy z nastaniem rządów Platformy, wracają najgorsze potworki III RP, to po zapoznaniu się z nowym rządowym projektem zmian w ustawach o zawodach prawniczych, tych wątpliwości nie powinien już mieć. Minister Ćwiąkalski ogłosił bowiem to, o czym od paru tygodni ćwiąkały co bystrzejsze jaskółki. Korporacje wracają do łask.
Dzisiejsza "Rzeczpospolita" prezentuje nam owoc prac wewnątrzresortowych oraz wykwit długotrwałych "konsultacji" Ćwiąkalskiego z establishmentem adwokackim. Recydywa systemu korporacyjno-korupcyjnego idzie znacznie dalej niż można się było spodziewać, albowiem poza zahamowaniem zmian wdrażanych lub planowanych przez Ziobrę, takich jak utworzenie licencji prawniczych, reforma sądownictwa dyscyplinarnego, egzaminów zawodowych, umożliwienie ministrowi wpływu na proces szkolenia, ustanowienie go instancją odwoławczą w niektórych sprawach korporacyjnych, jest jedna zmiana, która stanowi krok dalej na drodze umacniania monopolu korporacji. Rozchodzi się mianowicie o przepis, według którego korporacje same ustalać będą limity przyjęć na aplikacje, a minister - zapewne po "konsultacjach ze środowiskiem prawniczym" - wskaże tylko "limity minimalne". Oznacza to ni mniej ni więcej, tylko tyle, że absolwent prawa, nawet jeśli zda egzamin wstępny, może - z uwagi na wyczerpanie limitu miejsc - nie zostać przyjęty. Jest to zmiana, która idzie znacznie dalej niż stan sprzed 2005 roku, kiedy to izby radców prawnych czy adwokatów przyjmowały po 20- 30 osób rocznie posługując się nie prawnie zagwarantowanym limitem a własnymi ocennymi kryteriami, najczęściej... genetycznymi (w niektórych izbach blisko 100% aplikantów to dzieci aktualnie czynnych adwokatów). Genetykę zastąpić ma prawo.
Antydemokratyczne, antywolnościowe przepisy służą jednak nie tylko eliminowaniu młodych prawników jako naturalnej wewnątrzkorporacyjnej konkurencji dla swoich starszych kolegów. Otóż projekt Ćwiąkalskiego (który nie bez powodu, jako przedstawiciel elity prawniczej, został wstawiony na to stanowisko) w sposób zakamuflowany rozprawia się z doradcami prawnymi, których 10-tysięczna rzesza stanowi dla adwokatów doskonałą konkurencję, głównie cenową w zakresie porad prawnych. Dotychczas doradcy świadczyli pomoc prawną w ramach swojej działalności gospodarczej, na zasadach wolnorynkowych, rezygnując z wielu przywilejów i uprawnień adwokata czy radcy. Zgodnie zaś z pomysłem pana mecenasa Ćwiąkalskiego, będą musieli zdawać takie same egzaminy jak adwokaci. Zacytuję Ewę Usowicz z Rzeczpospolitej: "(...)postawienie doradcom barier w dostępie do zawodu przy braku w Polsce dostępu do bezpłatnej pomocy prawnej oznacza, że prawniczy monopol znów będzie rósł w siłę. Podobnie jak ceny."
Kiedy napisałem kilka tygodni temu tekst pt. Cielęta, w którym ubolewałem nad naiwnością braci studenckiej oraz absolwentów wydziałów prawniczych, którzy stadnym odruchem poparli Platformę i zdeptali Ziobrę, a teraz czeka ich niemiła niespodzianka od ich własnej partii w postaci zamknięcia im drogi rozwoju, ozwał się chór wybitnych znawców tematu. Zostałem wówczas zwyzywany od "kłamców", "manipulatorów" (nicków tych błyskotliwych szermierzy słowa, z wrodzonej litości, podawał nie będę). Dziś spełnia się moja prognoza co do intencji nowej władzy, która próbuje - mówiąc brzydko - "wydymać" te cielątka, którym w dużej mierze zawdzięcza zwycięstwo wyborcze, które wysyłały esemesy "zabierz babci dowód", które mnożyły dowcipy o Ziobrze i Kaczorach, które bez cienia refleksji poparły stronnictwo nie mające dla nich żadnego pomysłu (nie licząc oczywiście pomysłu odpłatności za studia). Czy teraz cielęta, zamiast w kancelariach prawniczych czy salach sądowych, wylądują na zmywaku w Londynie? Bardzo to być może.
Temat, o którym piszę jest szalenie istotny dla oceny jakości demokracji w Polsce i nie należy go traktować jako przedmiotu sporu wąskiej grupy specjalistów. To, jak władza rozkłada akcenty, za kim się ujmuje w nieustającej wojnie interesów korporacji i społeczeństwa, świadczy o jej rzeczywistej propaństwowości. Jeśli więc kiedykolwiek w ostatnich trzech latach można było mówić o "ograniczaniu demokracji", to właśnie teraz. System korporacyjny ogranicza demokrację, bo narusza prawo jednostek do rozwoju i wyboru drogi zawodowej na rzecz wąskiej elity, której jedynym celem jest ochrona własnych interesów. System korporacyjny likwiduje wolną konkurencję, na czym traci klient, czyli całe społeczeństwo i każdy z osobna. Nie dziwi więc nagły wykwit "afer": laptopowej, stenogramowej, telefonowej. Zanim bowiem ogłosi się rzecz żywotnie istotną dla ludu, a godzącą w jego interesy, trzeba zająć ten lud dywagacjami o tym, że jakaś zbankrutowana partia, której byli działacze naruszyli system korporacyjno korupcyjny, nie opłaciła rachunków telefonicznych.
Oto III RP w pełnej krasie!
