Film

Et vous êtes pour l’avortement ? Envoyer à un ami Envoyer à un ami Lien permanent Envoyer à un ami Envoyer à un ami 104 réactions à “Et vous êtes pour l’avortement ?”

Free Your Mind: Najnowsze informacje

Łukasz Schreiber: Najnowsze informacje

Leszek Czajkowski - Śpiewnik oszołoma

niedziela, 17 lutego 2008

Dawali mi 5 procent szans na przeżycie


Nasz Dziennik, 2008-02-17
Z ambasadorem Polski w Iraku Edwardem Pietrzykiem, generałem broni w stanie spoczynku, odznaczonym wielokrotnie za zasługi dla kraju, m.in. Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski, oraz z jego żoną Anną Alicją rozmawia Mariusz Bober

Czy badania, które wykonał Pan ostatnio podczas pobytu w Polsce, oznaczają, że proces leczenia po październikowym zamachu w Bagdadzie przebiega nie tak, jak powinien?

Edward Pietrzyk: - Chciałem sprawdzić postępy w leczeniu. Byłem trochę zaniepokojony, bo nie zdrowieję tak szybko, jak oczekiwałem. Po czterech miesiącach od zamachu wciąż mam pewne problemy. "Uspokojono" mnie jednak, że mogą one trwać jeszcze dwa lata.

Co najbardziej Panu dokucza?

E.P.: - Najtrudniej goją się ręce, które przecież są ciągle eksponowane, dlatego chronię je rękawiczkami. Chodzi nie tylko o względy estetyczne, ale też o proces gojenia się. Czasami ludzie tak szczerze witają się ze mną, że każdy taki mocny uścisk zostawia ślad na kilka dni. Rozumiem to, bo kiedyś też byłem zwolennikiem bardzo mocnego uścisku dłoni. Teraz jednak wiem, że nie zawsze to jest dobre rozwiązanie... Na szczęście mam bardzo dobrych lekarzy. Jeden z nich poradził mi, by nosić właśnie takie specjalne rękawiczki. Nie chodzi tu tylko o ochronę dłoni. Okazuje się, że ciężkie oparzenia goją się dzięki uciskowi. Trzeba cały czas nosić takie uciskowe rękawiczki, dzięki którym blizny po pewnym czasie - mam nadzieję - się wchłoną. Nie przetestowałem ich jednak w temperaturze +50 stopni C, które występują latem w Iraku. Na szczęście teraz jest tam zaledwie 8-10 stopni ciepła, pada deszcz, a raz nawet spadł śnieg, co było dla Irakijczyków ewenementem.

Co Pan sobie pomyślał w momencie zamachu w Bagdadzie? Był to atak na Pana jako ambasadora Polski czy po prostu wysokiego funkcjonariusza sił koalicyjnych? W pierwszych słowach po zamachu mówił Pan, że był on precyzyjnie przygotowany. Terroryści wiedzieli więc, kogo atakują?

E.P.: - Zamach był bardzo perfidnie i precyzyjnie przygotowany. Przeprowadzili go fachowcy. Podejrzewam, że rozpracowywali mnie - jako obiekt ataku - ponad miesiąc. Często przejeżdżałem tą drogą, ale również często zmienialiśmy trasę przejazdu. Codziennie zmieniałem też godziny przejazdu. Znał je tylko dowódca ochrony. Terroryści wykorzystali jednak różne informacje, co pozwoliło im na przeprowadzenie zamachu. Gdy wybuchły zdetonowane przez nich ładunki, wszystkie trzy samochody stanęły w ogniu. Jednocześnie z dachów okolicznych domów posypał się grad kul. Widać więc, że nie było to dzieło przypadkowych rzezimieszków. Oczywiście, że wiedzieli, kogo atakują.

W takim razie zamach był groźbą pod adresem Polski? Jedno z ugrupowań przekazało takie właśnie przesłanie, domagając się wycofania naszego kontyngentu, w dodatku tuż przed wyborami parlamentarnymi.

E.P.: - To, że ja stałem się obiektem zamachu, nie znaczy, że to był zamach na Polskę. Nasz kraj jest w Iraku postrzegany jako wiarygodny i dobry partner - nie tylko z wojskowego punktu widzenia. Natomiast terroryzm nie wybiera. Niszczy cele, które są dla niego opłacalne. Mogę sobie wyobrazić scenariusz, że zamach na ambasadora państwa NATO kończy się - z ich punktu widzenia - sukcesem. Organizowane są kolejne ataki i w efekcie ewakuowane zostają placówki dyplomatyczne niektórych państw w Bagdadzie. Dziś reprezentowanych jest tam niewiele ponad 40 krajów, a to bardzo mało. Unię Europejską reprezentuje tylko 11 państw, więc poczucie zagrożenia jest duże. Wybrano akurat nas, choć terrorystom nie udało się całkowicie osiągnąć celu. Świadczy to bardzo dobrze nie tylko o naszych żołnierzach, ale też o naszej współpracy z Amerykanami...

...to znaczy?

E.P.: - Amerykańskie siły szybkiego reagowania zjawiły się na miejscu zamachu przed upływem 15 minut! Gdyby nie ta szybka reakcja oddziału Blackwater, który przybył śmigłowcem, mogłoby się to skończyć tragicznie dla nas.

Dlaczego?

E.P.: - Tuż po zamachu mnie i kolegom udało się oddalić z miejsca wybuchu o jakieś 200 metrów. Jednak terroryści, przebrani w mundury policji (sic!), przyjechali busami "dokończyć zadanie". Gdy usłyszeli warkot śmigłowca, wycofali się.

Zamach pokazał, że Irak jest wciąż daleki od stabilizacji. Tymczasem kontyngenty niemal wszystkich pozostałych państw przygotowują się do wycofania.

E.P.: - Mimo zamachu na mnie chcę podkreślić, że sytuacja w Bagdadzie i innych dużych miastach pod względem bezpieczeństwa jest diametralnie lepsza niż rok temu. Dziś już nie atakuje się tak nagminnie sił koalicyjnych jak rok temu. Najgorszy był pod tym względem 2004 rok, gdy ginęło czasami 100 żołnierzy dziennie. Teraz straty są zmniejszone o 80 procent. Dziś problem bezpieczeństwa sprowadza się głównie do walki o władzę między dwoma głównymi społecznościami Iraku - sunnitami i szyitami. Dopiero gdzieś tam w tle jest Al-Kaida. Ona jednak traci na znaczeniu. Jest wypychana na północ kraju. Armia iracka przygotowuje właśnie zakrojone na szeroką skalę działania, by watażków z tej organizacji separować i likwidować. Zaś rząd iracki podkreśla, że ten rok jest ostatnim, w którym gości siły koalicyjne, i że w przyszłym roku nie zamierza występować do ONZ o przedłużenie ich misji. Oznacza to, że polskie wojsko wykonało swoje zadania.

Można więc powiedzieć, że terroryzm jest już opanowany?

E.P.: - Gdy panuje 65-70-procentowe bezrobocie, łatwo namówić młodego człowieka, by podłożył minę, dając mu 100 dolarów. Często tak naprawdę się dzieje i ci mężczyźni podkładają ładunki, bo mają rodziny na utrzymaniu. Problem terroryzmu wynika także z biedy. Jednak obecnie sytuacja jest już nieporównywalna z tą sprzed roku czy dwóch. W Diwanii, leżącej w naszej strefie, w której jeszcze niedawno nie można było bezpiecznie przejść przez ulicę, teraz można już usiąść w kawiarni przy stoliku. To jest zasługa także polskich i amerykańskich żołnierzy oraz przeszkolonej przez nas VIII Dywizji Irackiej.

Irakijczycy są już przygotowani do przejęcia odpowiedzialności?

E.P.: - Nasi żołnierze i oficerowie poświęcili masę czasu na przeszkolenie tej dywizji. Dziś ci żołnierze są także dobrze uzbrojeni, nawet mundur dobrze już na nich leży... Gdy niedawno doszło do zamieszek podczas święta Aszury w Basrze, porządek zaprowadzały jednostki armii irackiej, wykorzystując notabene śmigłowce Mi-17.

Może Pan coś więcej powiedzieć na ten temat?

E.P.: - Niestety nie.

A jak Irakijczycy sobie radzą z ich obsługą?

E.P.: - Bardzo dobrze.

Jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to zapytam o kwestię szeroko rozumianej współpracy z Irakiem. To trudna sprawa, ale chyba nasze zaangażowanie na polu gospodarczym i naukowym jest całkowicie nieproporcjonalne do roli, jaką odgrywamy na płaszczyźnie militarnej.

E.P.: - Współpraca na płaszczyźnie gospodarczej wygląda źle, choć nie beznadziejnie. Wszystko zaczęło się od przełomu 2003 i 2004 roku, a więc okresu, gdy w Iraku było najmniej bezpiecznie. Obiecywano wówczas, zapewne bez stosownego rozeznania, złote góry polskim przedsiębiorstwom i ludziom, którzy widzieli swoją szansę na rynku irackim. Przyszedł rok 2004 i nasza wielka firma, zainteresowana ropą i gazem, dała sygnał do odwrotu, bo przegrała jakieś przetargi, a Amerykanie nie przynieśli na talerzu tego, co chciałaby uzyskać, więc gdy taki gigant pierwszy ewakuował się z Bagdadu, w ślad za nim poszli ci, którzy tam jeszcze byli, m.in. wrocławska Jedynka.

Dlaczego?

E.P.: - Jeśli ktoś miał wyobrażenie, że można wziąć walizki, napełnić je dolarami w Bagdadzie i wrócić do kraju, to nic dziwnego, że się rozczarował. Tak się tam biznesu nie robi.

A robi się go tam obecnie?

E.P.: - Oczywiście. Na współpracy z tym krajem zarabia bardzo wiele państw, m.in. nasi sąsiedzi - Czesi, Węgrzy, Rumuni i Słowacy, a także Niemcy, którzy przecież nie wysłali do Iraku żadnego kontyngentu... Ba, interesy robią nawet Koreańczycy. Irak jest potencjalnie najbogatszym krajem w regionie. Wyzwolenie tego potencjału to kwestia czasu. Przecież tam są drugie pod względem wielkości zasoby ropy na świecie. Niestety, trwająca prawie 20 lat dyktatura Saddama Husajna, obfitująca w wojny, nie pozwoliła na wykorzystanie tego potencjału. Jednak by robić interesy, trzeba być na miejscu. Tymczasem w Iraku nie ma obecnie ani jednego przedstawicielstwa polskiej firmy z prawdziwego zdarzenia.

Przestraszyły się?

E.P.: - Myślę, że polskie firmy nie umiały się znaleźć na tym rynku, gdzie jest ogromna rywalizacja. Nie wykorzystano w dodatku obecności polskich żołnierzy w Iraku. To był podstawowy błąd...

Co Pan ma na myśli?

E.P.: - Nasi żołnierze najpierw byli w Babilonie, w Diwanii, potem w Al-Kud, w prowincjach na południe od Bagdadu, tymczasem nasze firmy zlokalizowały swoje siedziby w stolicy. Tak się nie da robić interesów. Nic więc dziwnego, że w czasie, gdy w Iraku była bardzo niestabilna sytuacja, trudno było zapewnić im bezpieczeństwo. Przedsiębiorców może wspierać wojsko, ale tam, gdzie jest. Dobry przykład to współpraca południowokoreańskich przedsiębiorców z ich kontyngentem. Biznesmeni przyjechali niemal razem z żołnierzami, ale nie do Bagdadu, tylko tam, gdzie stacjonował koreański kontyngent. Tam czuli się bezpiecznie. Nie nękała ich tam żadna Al-Kaida ani terroryści. Po pewnym czasie niektórzy Irakijczycy zaczęli jeździć koreańskimi samochodami oraz wyjeżdżać do Korei Płd. na szkolenia, a Koreańczycy zaczęli budować fabryki w Iraku...

Można jeszcze naprawić popełnione błędy?

E.P.: - Moim zdaniem, jest wciąż na to czas, ale przedsiębiorcy musieliby najpierw przyjechać tam, gdzie jeszcze są żołnierze, a więc do prowincji Kadisija. Gdy się wycofają, przez jakiś czas zostanie po nich dobre wspomnienie jako o tych, którzy spełnili swój obowiązek. To, czy zostaną tam nasze firmy, zależy od nich samych. Mogą one wykorzystać jeszcze nie tylko parasol bezpieczeństwa polskich żołnierzy, ale też doskonałe kontakty, które mamy z władzami lokalnymi oraz centralnymi. Mało tego, wśród tamtejszych Irakijczyków panuje przekonanie, że Polska tam zaistnieje właśnie na płaszczyźnie gospodarczej. Tam już wchodzi nawet biznes z Chin, ale nie z Polski. A dlaczego tak ma być? Jak to jest, że wszystkim opłaca się w Iraku robić biznes, tylko nie polskim firmom?

A więc można tam robić interesy?

E.P.: - Oczywiście, że można, tyle że trzeba spełniać warunki. Jeden z nich brzmi: nie można tego kraju traktować jak składnicy złomu i wysyłać to, co nam zbywa. Irak właśnie rozbudowuje i modernizuje swoje siły zbrojne, więc ma ogromne potrzeby, ale potrzebuje dobrego i nowoczesnego sprzętu. Taka sama zasada obowiązuje w zakresie dostarczania towarów i usług dla ludności cywilnej. Trzeba ponadto wiedzieć, że prowincja Kadisija to nie są jakieś peryferia. Ona leży na złożach ropy i gazu. Poza tym tam przecinają się główne szlaki transportowe. W prowincji tej uprawia się nawet ryż, podobno najlepszy na świecie...

...ryż w Iraku?

E.P.: - Tak, cieszy się największą popularnością wśród krajów muzułmańskich. Jednak, by zwiększyć wydajność upraw, trzeba podnieść kulturę rolną, potrzeba też odpowiednich maszyn i nawozów.

Więc także nasi eksperci od rolnictwa i firmy produkujące maszyny miałyby tam co robić?

E.P.: - Oczywiście. Tylko - i tu chciałbym powiedzieć o kolejnym warunku - oferta musi być dostosowana do miejscowego rynku, do jego potrzeb.

Co w takim razie szwankuje? Współpraca między polskimi służbami dyplomatycznymi i przedsiębiorcami?

E.P.: - Nie szedłbym w tym kierunku. Po prostu po ucieczce naszego biznesu w 2004 r. z Bagdadu cała uwaga opinii publicznej i decydentów skupiona była na jak najlepszym wykonaniu zadań przez nasz kontyngent. Pole do działania na płaszczyźnie gospodarczej zostawiono niezagospodarowane. To jest grzech zaniechania, który można jeszcze naprawić, ale czasu jest już niewiele. Trzeba zacząć od małych kroków. Na przykład kilku, kilkunastu biznesmenów może wejść - powiedzmy - do Diwanii z ofertą budowy elektrowni czy systemów kanalizacyjnych, które tam nie działają, potrzeba materiałów budowlanych, a nawet agregatów prądotwórczych, bo prąd jest tam wciąż tylko przez godzinę, dwie dziennie.

Jest więc szansa także na utrzymanie współpracy gospodarczej w dłuższej perspektywie?

E.P.: - Oczywiście. Przecież w czasach Saddama Husajna nasze firmy zarabiały tam ok. 250 mln USD, chcę podkreślić - dolarów po ówczesnym kursie... Korzyści odnosiły obydwie strony. Do tej pory można jeździć po autostradach zbudowanych przez nasze firmy, które wytrzymują nawet przejazdy amerykańskich 60-tonowych czołgów Abrams, i mimo to drogi te są w stanie o wiele lepszym niż w Polsce...

Podstawowym problemem zarówno dla Irakijczyków, jak i dla krajów chcących współpracować z nimi był brak bezpieczeństwa, ataki i akcje dywersyjne. Przez uszkodzone rurociągi ropa nie mogła być eksportowana.

E.P.: - Rurociągi nie są już uszkadzane. Natomiast rzeczywiście biznes nie lubi zapachu prochu. Dopóki będzie się on unosił w Iraku, przedsiębiorcy nie będą mogli swobodnie działać.
Naprawdę robię wszystko, by wspierać kontakty biznesowe. Myślę, że uda się je nawiązać. Na razie nie można sprowadzać tam polskich pracowników i kadr, ponieważ ich ochrona będzie zbyt kosztowna. Można jednak myśleć o joint venture czy sprzedaży gotowych produktów. Trzeba po prostu dopasować działanie do miejscowych warunków. Można by było również działać z terytorium Kuwejtu, który leży przecież bardzo blisko.

Kiedy w takim razie popłynie ropa z Iraku?

E.P.: - Ona już płynie. Wydobycie obecnie jest większe, niż było przed wybuchem wojny w 2003 roku.

A kiedy eksport będzie odczuwalny dla światowych rynków?

E.P.: - Myślę, że już to się dzieje. Ogromną większość wydobycia Irakijczycy kierują właśnie na eksport, a 90 procent przychodów budżetu państwa stanowią przychody z tej sprzedaży. Nie jest to więc kraj, który oczekuje tylko jałmużny. On chce być równoprawnym partnerem gospodarczym. Irak stawia obecnie jasne warunki kontraktów na obrót ropą, niedawno zostało przyjęte tzw. prawo ropy.

Jaki jest stan śledztw prowadzonych w sprawie zamachu na Pana?

E.P.: - Niestety nie mam informacji, które dla mnie brzmiałyby wiarygodnie. Nie wiem, kto przygotował zamach. Nie chciałbym przechodzić znów tego samego, co przeszedłem po śmierci śp. Bartosza Orzechowskiego, mojego kierowcy, który zginął w zamachu. Przywykliśmy do takiej "masówki", gdy stacje telewizyjne donoszą o śmierci dziesięciu, stu, a czasami nawet tysięcy ludzi. Inaczej jednak przeżywa się śmierć, gdy dotyka ona kogoś bliskiego, z kim spotykałem się na co dzień, kto był w wieku moich synów.

Dlaczego zdecydował się Pan na powrót na placówkę? Bo jakakolwiek zmiana na tym stanowisku oznaczałaby, że terroryści osiągnęli sukces?

E.P.: - Poprzez swój powrót do Bagdadu chciałem zademonstrować, że terroryzm ma mimo wszystko krótkie ręce i trzeba się mu przeciwstawiać. Na moją prośbę o powrót na placówkę dyplomatyczną odpowiedzieli i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, i minister obrony narodowej Bogdan Klich, którzy napisali listy z podziękowaniem i przyznali amerykańskim żołnierzom Medale Wojska Polskiego - specjalnie przygotowane już po 1989 r. dla żołnierzy państw obcych - w dowód uznania za ich ofiarność i współdziałanie z nami. 25 stycznia gościłem w swojej rezydencji ambasadora USA Ryana Crockera i głównodowodzącego siłami amerykańskimi gen. Davida Petraeusa. Przekazałem im te medale i wyrazy podziękowania dla oddziału Blackwater. Dzięki nim żyję.

Żona nie protestowała przeciw powrotowi do Iraku?

Anna Alicja Pietrzyk: - Niektórzy zastanawiają się, dlaczego zgodziłam się na samotny (bez rodziny) wyjazd męża do Iraku. Co prawda zawsze mówiłam mu, że jeśli już ma jechać za granicę, to do kraju katolickiego i takiego, w którym nie ma upałów. Ale cóż... Oczywiście, nie byłam z tego zadowolona, jednak mąż jest tak aktywnym człowiekiem, że nie dałoby się utrzymać go w domu.

A dzieci?

A.P.: - Podobnie zareagowały. Mamy dwóch synów, już dorosłych. Oni też rozumieją, że mąż nie wytrzymałby w domu. Poza tym jesteśmy już trochę "zahartowani". W rodzinie wojskowego musieliśmy się przyzwyczaić do tego, że mąż nie wraca po godz. 15.00 na obiad. Żałuję, że nie możemy być razem, ale mąż jest człowiekiem aktywnym, który wiele może jeszcze zrobić, dlatego rzeczywiście szkoda byłoby, aby nie podjął się nowych wyzwań.

E.P.: - Nigdy nie zapomnę tej sceny, gdy otworzyłem po raz pierwszy oczy po dwóch tygodniach śpiączki i trochę jak przez mgłę zobaczyłem stojącą w drzwiach moją żonę wraz z synami. Dopiero później żona powiedziała mi, że byli ze mną przez cały ten czas. Rodzina jest najważniejsza w naszym życiu, oczywiście oprócz naszej wiary. Jednak - z drugiej strony - żona bardzo dobrze mnie zna i wie, że ja się po prostu nie nadaję na emeryta, przynajmniej jeszcze nie teraz. Lekarze dawali mi tylko 5 procent szans na przeżycie, a jednak przeżyłem. Myślałem więc sobie, że jeśli Bóg mnie ocalił, to w jakimś celu. To znaczy, że mam jeszcze jakieś zadanie do spełnienia. Byłoby dziwne, gdybym - po zamachu - rejterował z Bagdadu. Musiałem wrócić choćby po to, by uczcić pamięć Bartosza Orzechowskiego i zapalić świeczkę na miejscu zamachu, o co prosiła mnie na pogrzebie jego żona. Wiem, że w Bagdadzie jestem obserwowany. Sądzę, że terroryści przez mój powrót zrozumieli, iż nie będziemy akceptować terroryzmu. Dlatego myślę, że było warto.

Powiedział Pan, że obecnie problem bezpieczeństwa w Iraku to przede wszystkim kwestia porozumienia między mieszkańcami tego kraju. Czy jest na to szansa? Ostatnio częściej słyszy się o groźbie rozpadu państwa na trzy części: kurdyjską, sunnicką oraz szyicką.

E.P.: - To były tylko takie balony próbne, wysyłane być może po to, by przerazić świat i zainteresować sytuacją w tym kraju. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie podziału Iraku na trzy części, choć są spekulacje co do podziału nawet na pięć. Trzeba jednak pamiętać, że kraj ten znajduje się w centrum świata islamskiego. Czy można więc sobie wyobrazić sytuację, że Iran "patronuje" jednej trzeciej terytorium Iraku? Nie! Uważam, że żaden liczący się iracki polityk nie sprzyja realizacji takiego scenariusza, ponieważ jego konsekwencje byłyby nieobliczalne dla całego Bliskiego Wschodu.

Ale mówi się, że Kurdowie, od dziesiątków lat marzący o własnym państwie, nie wypuszczą z rąk takiej okazji, by je teraz utworzyć.

E.P.: - Dlatego mądrze zrobiono, że w konstytucji irackiej zagwarantowano bardzo szerokie uprawnienia, zapewniające autonomię tym trzem podstawowym częściom kraju. To nie przypadek, że prezydentem Iraku jest obecnie Kurd - Dżalal Talabani, a ministrem spraw zagranicznych Hoshyar Zebari - też Kurd, podobnie jak wielu innych członków rządu i władz centralnych. Chciałbym też zwrócić uwagę na niedawną zmianę flagi irackiej, na której słowa "Allah jest wielki" były napisane odręcznie przez Saddama Husajna. Kurdowie powiedzieli: nie. Po prostu nie chcieli, by symbol wspólnego państwa zawierał znak ich ciemiężyciela. W efekcie napis został, ale w formie jakby drukowanej, w starym irackim alfabecie. Świadczy to o tym, że jest silna wola - zarówno ze strony Kurdów, jak i szyitów oraz sunnitów - by żyć we wspólnym państwie. Oni wciąż są na drodze do porozumienia narodowego, przede wszystkim między szyitami i sunnitami. Nawet już weszli na tę drogę, ale jeszcze nie osiągnęli porozumienia. Udowodnili jednak, że potrafią się porozumieć. Irak ma bardzo młode społeczeństwo, dynamicznie się rozwijające. Jeszcze pod koniec lat 40. mieszkało tam 5 mln ludzi, a dziś 27 mln, choć 2 miliony żyje wciąż na wygnaniu.

Przygotowania do objęcia immunitetem członków partii Baas byłego prezydenta Saddama Husajna to początek wycofywania międzynarodowych sił z Iraku i przejmowania inicjatywy przez nowe władze Iraku?

E.P.: - W 2003 r. tzw. tymczasowa administracja pod wodzą Paula Bremera, niestety przy częściowym udziale Polaków, popełniła wiele głupstw, m.in. rozwiązała ówczesną armię, policję i służby specjalne, a także zakazała sunnitom uczestnictwa w życiu publicznym. Dlatego powstała w Iraku Al-Kaida, która nigdy w czasach Husajna tam nie działała. Sunnici zawsze rządzili Irakiem. Byli doskonale wykształceni i przygotowani do rządzenia. Po ich odsunięciu miejsce to zajęli po prostu terroryści. Do faktycznego pojednania jest jeszcze daleko. By ono rzeczywiście się dokonało, trzeba będzie wyeliminować Al-Kaidę z wpływu na społeczeństwo. Trzeba też pozwolić, i to się rzeczywiście dokonuje, odbudować samoobronę sunnitów przed bojówkami szyickimi.

Jaka jest sytuacja Polaków mieszkających w Iraku? Wielu chyba opuściło ten kraj po wybuchu wojny... Wracają teraz?

E.P.: - To bardzo bolesny problem. Osobiście brałem udział w ewakuacji polsko-irackich rodzin. Udzielaliśmy i udzielamy pomocy finansowej tym rodzinom, które zostały w Iraku. Z ich sytuacją związany jest też problem chrześcijan w tym kraju, o czym świat przez wiele lat nie chciał słyszeć. Tych ludzi prześladowano, a nawet zabijano tylko dlatego, że byli chrześcijanami. Ostatnie wypowiedzi Stolicy Apostolskiej wzywają do poszanowania ich praw. Niedawno spotkałem się z nuncjuszem apostolskim w Bagdadzie, który interweniował w sprawie chrześcijan u premiera Nuri Al-Malikiego. Niestety, wobec ciągłego braku pełnej stabilizacji nie można zapewnić chrześcijanom pełnej pomocy. Mimo to pomagamy im, jak możemy. Chrześcijanie od początku byli bardzo ważnym składnikiem kultury Iraku. Stanowili aż 22 proc. kadry naukowej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Niestety, ostatnie lata krwawych prześladowań spowodowały ucieczkę chrześcijan za granicę. W jednej z małych miejscowości na przedmieściach Bagdadu społeczność chrześcijańska zamknęła się w miejscowym kościele. Praktycznie mieszka tam kilkadziesiąt ludzi, tak jak pierwsi chrześcijanie. Ta ziemia jest pełna wspomnień i historii chrześcijaństwa. Do dziś używa się tam języka, którym mówił Chrystus - aramejskiego. Z ziemią tą związana jest też historia Izraela - m.in. niewoli babilońskiej. Utrzymuje się też pamięć o Niniwie.

Udało się już powstrzymać exodus chrześcijan z Iraku?

E.P.: - Po interwencji Ojca Świętego i nuncjusza apostolskiego u premiera widać pewne efekty. Nie ma już np. doniesień, że rodziny chrześcijańskie muszą płacić haracz, by przeżyć.

Kto atakował chrześcijan? Zwykli bandyci, fundamentaliści islamscy czy jakieś ugrupowania reprezentujące lokalne społeczności?

E.P.: - Trudno mi to do końca zdiagnozować. Wydaje mi się, że fanatyzm, który wybuchł, osiągnął taki próg demoralizacji, że można wskazywać na wszystkie te elementy. Słyszałem o przypadkach, że przychodzili do rodzin chrześcijańskich bojówkarze i mówili: należy się 1000 dolarów za miesiąc mieszkania. Dopóki te pieniądze były, chrześcijanie mogli mieszkać, gdy się skończyły, zwykle musieli stamtąd uciekać. Mam jednak nadzieję, że takie zdarzenia należą już do przeszłości. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że gdy przejeżdża się przez irackie miasta, widać tam kościoły, nad którymi wznoszą się krzyże, czego w innych państwach Bliskiego Wschodu raczej nie można zobaczyć. Trzeba też pamiętać, że chrześcijaństwo było w Iraku obecne już od czasów Chrystusa. Przecież muzułmanie pojawili się tam 7 wieków później. Miejmy więc nadzieję, że iraccy chrześcijanie przetrwają następne tysiąclecie. Głęboko w to wierzę.

Chrześcijanie otrzymują jakąś pomoc z zewnątrz?

E.P.: - Tak, i to nawet z Kościoła polskiego. Jest taka struktura o nazwie Pomoc Kościołowi w Potrzebie (niem. Kirche in Not), poprzez którą do irackich chrześcijan dociera wsparcie. Najważniejsza jest pomoc finansowa. Gdy ma się pieniądze, można w Iraku wszystko kupić i zrobić. Ksiądz Waldemar Cisło, dyrektor polskiego oddziału Kirche in Not, poinformował, że organizacja przekazuje pomoc dla chrześcijan we wszystkich największych miastach irackich.

Jak idą przygotowania do wycofania naszego kontyngentu?

E.P.: - To pytanie raczej do ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Moja wiedza upoważnia mnie do stwierdzenia, że akcja jest przeprowadzana w porozumieniu z sojusznikami. Prowincja Kadisija - według jej gubernatora i mojej oceny - jest przygotowana do przejęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo od naszych żołnierzy. Myślę, że zapewne latem przekażą oni odpowiedzialność za nie Irakijczykom i w październiku wycofają się z tego kraju.

Co uważa Pan za sukces polskiej misji, a czego nie udało się zrobić?

E.P.: - Od 2003 r., kiedy wyjeżdżaliśmy do Iraku, nasi żołnierze, a przede wszystkim kadra dowódcza, przeżyli niezwykłe doświadczenie. Niewątpliwym sukcesem jest pokazanie przez polskich oficerów i generałów, że umiemy dowodzić bardzo skomplikowanymi strukturami wojskowymi, składającymi się nawet z 30 nacji, stosować wszystkie procedury obowiązujące w NATO i posługiwać się obowiązującym w Sojuszu językiem angielskim. Potrafimy też zdobyć przychylność lokalnej społeczności, minimalizować straty własne, a nawet zaimponować sojusznikom skutecznością działania, a także dobrym wyposażeniem naszego wojska. Misja w Iraku spowodowała, że nasi żołnierze zdobyli doświadczenia, których nigdzie by nie nabyli. Trudno byłoby bez tego dokończyć profesjonalizację polskiej armii. Nagle się okazało, że jako dowódca wojsk lądowych na wszystkich konferencjach NATO-wskich jestem równorzędnym partnerem dla - nazwijmy to - przedstawicieli najważniejszych państw Sojuszu. Pytano mnie o nasze doświadczenia itd.
Nie udało się natomiast - jak już mówiłem - wykorzystać dokonań wojska na polu dyplomatycznym i gospodarczym.

Nie miał Pan wątpliwości co do celowości tej misji? Bardzo wielu Polaków je ma.

E.P.: - Poszliśmy tam, odpowiadając na wezwanie naszego sojusznika. Udowodniliśmy, że jesteśmy wiarygodnym partnerem, jakim są inne państwa NATO. Ponadto zawsze twierdziłem, że Polski najlepiej bronić jest jak najdalej od naszych granic, nawet 5 tysięcy kilometrów dalej. Historia wskazuje, że nigdy nie udało nam się obronić kraju, walcząc tylko na linii rzek granicznych. Być może dlatego do tej pory nie mieliśmy takiego terroru, jaki jest udziałem innych państw, że odpowiedzieliśmy nań odpowiednio wcześnie? Dziś nie można już wychodzić z założenia: "Niechby w całym świecie wojna, byle nasza wieś spokojna". Świat obecny to globalna wioska, w której trzeba wcześniej reagować na zagrożenia.

Kontrargument jest taki: Polska nie byłaby zagrożona przez terroryzm, bo my nie naraziliśmy się, tak jak USA, krajom islamskim, oskarżającym bogaty Zachód o wyzyskiwanie ich.

E.P.: - Tak naprawdę za atakami terrorystycznymi nie stoją biedne kraje. Zaś mózgiem ataków są wykształceni ludzie, i to niekoniecznie na arabskich uczelniach, ale także w USA, Wielkiej Brytanii czy Francji. Poza tym warto zadać pytanie: czym się narazili Anglicy, którzy przyjęli do siebie tak wielu muzułmanów. Czym się narazili Hiszpanie, którzy też przyjęli wielu wyznawców islamu? Terror to po prostu chęć panowania nad światem poprzez strach.

Kiedy wraca Pan do Polski?

E.P.: - Gdy poczuję, że zrobiłem już wszystko, co mogłem, albo będę widział kres swoich możliwości działania. Formalnie datę mam wyznaczoną w nominacji na stanowisko ambasadora. Nie wykluczam, że zakończę służbę wraz z wycofaniem polskiego kontyngentu, ale myślę, że raczej zostanę tam dłużej, gdyż z pewnością zostanie jeszcze wiele spraw, które będą musiały być załatwione. Trzeba będzie przecież m.in. dopilnować wielu kwestii związanych z zakończeniem wycofywania polskich żołnierzy. Jednak przedłużenie mojego pobytu w Iraku będzie sensowne o tyle, o ile uda mi się zastąpić obecność wojskową w tym kraju aktywną, zdecydowaną i skuteczną działalnością na polu gospodarczym. Jeśli tego nie osiągnę, to nie mam zamiaru być kanapowym ambasadorem.

Co Pan robi w wolnych chwilach w Iraku?

E.P.: - Trudno wymierzyć dokładnie, które godziny są dla służby, a które dla mnie. Prawie cały czas mam podporządkowany pełnionej w Iraku misji. Jednak muszę też znaleźć godzinę dziennie na rozmowę z rodziną poprzez Skype'a.

Często udaje się Panu słuchać Godzinek i innych audycji w Radiu Maryja?

E.P.: - Skąd pan wie, że słucham Radia Maryja?

Ksiądz biskup Tadeusz Płoski "wydał" Pana, przemawiając podczas niedawnego wręczenia medalu "Milito pro Christo" właśnie Radiu Maryja.

E.P.: - Są takie chwile, zwłaszcza rano, że słucham tej stacji. Radio Maryja jest najlepiej odbieraną przez internet rozgłośnią z Polski. Bardzo lubię Godzinki, dlatego najczęściej słucham Radia właśnie wtedy, gdy są nadawane.

Polscy żołnierze stacjonujący w Iraku też słuchają Radia Maryja?

E.P.: - Przede wszystkim jeżdżą ze mną w niedziele na Msze św., które celebruje ksiądz katolicki (w języku angielskim). Nie "naganiam" ich, ale pomagam w uczestniczeniu w Mszy św. tym, którzy jej potrzebują, tak jak ja. Nie wyobrażam sobie życia bez niedzielnej Eucharystii.

Dodaje sił?

E.P.: - Zwłaszcza po tym ostatnim doświadczeniu. Choć nie byłoby tego doświadczenia, gdybym wcześniej nie wierzył.

To znaczy?

E.P.: - Wiara pozwoliła mi przeżyć. Myślę, że Bóg ocalił mnie właśnie dlatego, że w Niego już wcześniej wierzyłem. Gdyby nie modlitwa, Różaniec, może nie miałbym tych 5 procent na przeżycie, które wykorzystałem.

Dziękuję za rozmowę.